EWA JELEŃ / Obrazy (ze) Śródki
2010-06-28
Najpierw pojawił się strach, że (mimo płynącej we mnie od początku poznańskiej krwi) nie wiem dokładnie, gdzie znajduje się Rynek Śródecki. Jeżycki, Stary, Wildecki – owszem, ale gdzie stoiska handlowe w martwym punkcie miasta? Ów tajemniczy plac dał się konieckońców odnaleźć na tyłach katedry i tym razem – tętnił życiem. A wszystko za sprawą Movements Factory i jej projektu Bodyland.
Mieszczuch - taki jak ja - w śródeckich podupadających zabudowach, zapomnianych przez architektów i restauratorów zabytkach, odkrywa inny, mniej komfortowy obraz miasta – zabrudzonego, styranego, czasem nudnego. To pozory. Poznaniacy – nie dajcie się zwieść! Nawet w tych wymagających pomocy budynkach życie może być piękne. Lub innymi słowy – zwyczajne. I dzięki temu niesamowite. Bodyland to przykład niedocenianej na co dzień codzienności, w której załatwiamy sprawy w ZUSie, urządzamy wesela, plotkujemy z sąsiadami, jeździmy autobusem.
Ujednoliceni poprzez strój bohaterowie przedstawienia stają się nosicielami piętna przeciętności, bycia nie-na-czasie, bylejakości. Takie piętno przypisują „szarym obywatelom” ci, którzy uważają się za lepiej sytuowanych (finansowo i duchowo, a także ze względu na swój młody wiek – w spektaklu biorą bowiem udział w większości osoby starsze). Bodyland to kraina anonimowych ciał spoza głównego nurtu wydarzeń, jakim żyje miasto. Za pomocą gestów tworzą ruchome obrazy, w których czasem zastygają na moment, by widz mógł nad ich sensem podumać. Niczym rzeźby znaczą przestrzeń, w której się znajdują – w tym konkretnym przypadku – Śródkę. Miejsce, w którym się spaceruje, flirtuje, bawi, umiera. To nie otoczenie, w którym przyszło nam mieszkać determinuje nasze podejście do życia, ale to my, za pomocą mniej lub bardziej drobnych gestów, nadajemy charakter naszemu środowisku. Małe, codzienne czynności w cale nie są nieważne.
A najlepsze jest to, iż najnowszego przedsięwzięcia Movements Factory nie można posądzić o stwarzanie iluzji. W Bodylandzie bowiem wzięli udział mieszkańcy Poznania (w tym z rejonu Śródki) - amatorzy, a zarazem profesjonalnie potrafiący opowiedzieć ciałem o swych (nie)zwykłych przeżyciach ludzie. Burzą granicę pomiędzy teatrem a życiem i tym samym ubogacają te dwa, na ogół przeciwstawiane sobie poziomy. Dla mnie czymś niesamowitym był widok aktorów odbierających gratulacje i witanych przez sąsiadów i innych znajomych zaraz po zakończeniu działań artystycznych. A więc teatr jeszcze coś znaczy dla społeczeństwa, z którego wyrasta – dzięki Bogu! Poprzez udział w przedstawieniu Poznaniacy pokazali całemu miastu, że potrafią w twórczy sposób zasygnalizować swoją obecność tu i teraz, choćby czynności przez nich wykonywane wydawały się błahe.
Na koniec coś o strachu numer dwa - czyli komarach znad Warty. Prawie że pożarły widzów i aktorów, ale nikt się zbyt ochoczo i głośno nie uskarżał. To naprawdę miłe (i dobrze świadczące o ludzkości), że potrafimy zapomnieć o dyskomforcie fizycznym i, choć na chwilę, oddać swe zmysły we władanie sztuki. Tak jak Movements Factory oddało Śródkę w kreatywne ręce jej mieszkańców.












