TADEUSZ FUŁEK / Polska: Szwecja – 1:2

2010-06-27

Wczorajszy wieczór określił nam jasno, jakie oblicze prezentować nam będzie Pasaż Kultury i koncerty, którymi jest promowany. Ciepła sobota, dla niektórych początek wakacji, dla innych dawno upragniona (od tygodnia) kolejna sobota – trudno powiedzieć, czy ten specyficzny czas tygodnia odpowiada za taki wzmożony ruch w klubie festiwalowym. Może po prostu z roku na rok przybywa w Poznaniu chętnych do brania udziału we wszystkich aspektach Malty – od rana do wieczora, od sceny teatralnej do klubowej. Lekka i przyjemna muzyka serwowana tam właśnie sprzyja niewątpliwie odpoczynkowi i zrelaksowaniu się po trudach (?) spektakli.

Z półgodzinnym poślizgiem zasiadła do swojego fortepianu Julia Marcell – aż do 2008 roku nieznana nikomu bliżej wokalistka z Olsztyna. Gdy, dzięki środkom zebranym przez opublikowanie swoich utworów w internecie, wydała płytę It Might Like You, została od razu okrzyknięta nadzieją młodej polskiej piosenki. Utwory, zaaranżowane skromnie na fortepian, skrzypce i perkusję uzupełniają delikatne, nieraz bajkowe i wręcz dziecięce teksty śpiewane po angielsku. Artystka, przebywająca teraz na stałe w Berlinie, rozwija dalej swoje talenty koncertując w Polsce i zagranicą. Na poznańskiej scenie towarzyszył jej trzyosobowy zespół płci obojga – gdy była potrzeba przeistaczał się w chórki przyśpiewujące a capella. Julia zagrała z wyczuciem i pełnym przekonaniem. Jej utwory nie są przebojowymi kompozycjami, które zapamiętujemy po pierwszym przesłuchaniu, a przy tym są dość do siebie podobne. Artystka jednak szczerą wiarą nadrabia te niedoróbki i zaraża swoim entuzjazmem wszystkich słuchaczy. Jej wokal, charakter śpiewu, frazowanie, a przede wszystkim styl mieści się gdzieś pomiędzy Reginą Spektor a Fioną Apple. Nie dorównuje im jeszcze głębią i przestrzennością wykonania, ale jest na dobrej drodze, żeby kiedyś wydać płytę, o której usłyszy też Europa, nie tylko Polska. Na bis zaprezentowała nowy, eksperymentalny utwór, który pozostawia nadzieję, że Julia nie będzie się bać nowości i innowacji w swojej muzyce.

Niecierpliwa widownia musiała czekać następnie ponad godzinę na Friska Viljor – przebojowy szwedzki zespół. Z powodu przesunięć rozpoczęli prawię godzinę po czasie, a próbę dźwięku robili przy nabitej już widowni. Ruszyli szybko i bez skrupułów stawiając przed słuchaczami ścianę gitar, żeby potem rozpocząć istny festiwal muzycznych stylów i nawiązań. Trudno było wychwycić nawet jak co brzmi ten zespół: momentami jak The Kooks, momentami jak The Coral, czasami bawili się w kabaret jak inny skandynawski zespół – Kaizers Orchestra, a czasami prezentowali zabawne podejście do własnej tradycji muzycznej pokroju Elakelaiset. Nie omieszkali wzbogacić całości o punkową zadziorność i eklektyzm pokroju Electric Light Orchestra. Ciężko w zasadzie powiedzieć, jak Friska Viljor brzmi naprawdę, ponieważ można się pogubić w tych próbach definicji: „brzmią jak...”. Najlepiej zatrzymać się i nie brnąć w to dalej, ponieważ jeszcze bardziej stracimy orientację. Ważne, że byli w stanie porwać publiczność – ta nie dała im zejść ze sceny przez prawie 1,5 godziny ciągle nawołując do bisowania. Zespół bardzo dobrze wiedział, jak podkręcać zainteresowanie publiczności – zręcznymi chwytami nie pozwalali jej odpocząć. W tym czasie pięcioosobowy skład zmieniał się na scenie umiejętnie dawkując nastrój piosenek. Prezentując indie rock o bardzo popowym wymiarze potrafili porwać widzów i doprowadzić ich do szalonej zabawy. Bez dwóch zdań przypadli sobotnim bywalcom okolic Starego Rynku do gustu. Pierwszy ich koncert w Polsce przysporzył im na pewno wielu nowych fanów i wejść na myspace'a. Jeśli za miernik popularności uwzględnić emocje publiczności, to pokonali zdecydowanie Julię Marcell swoją żywiołową muzyką, choć ona też dała się dobrze zapamiętać.

Scena w Pasażu Kultury na pewno może pochwalić się o wiele lepszym nagłośnieniem niż rok temu. Akustyka miejsca sprawia, że muzyka jest słyszalna bardzo dobrze, a jednocześnie nie wylewa się na Stary Rynek. Odbiór utrudniał trochę jednak nieprzebrany tłum w Klubie Festiwalowym. Trudno się dziwić ludziom, że chcą się bawić – przy takiej muzyce, jak wczoraj, mogliby zapewne skakać do samego rana, ale momentami ciężko było się przecisnąć z miejsca na miejsce. Może nadchodzący tydzień będzie pod tym względem spokojniejszy.


Zdjęcia