MICHAŁ PIEPIÓRKA / Ograbieni z biedy
2010-06-27
Co jest największym i najważniejszym surowcem naturalnym Afryki? Diamenty, złoto, może miedź? Według Renzo Martensa, reżysera filmu Enjoy poverty jest nim bieda. W Kinszasie, stolicy Demokratycznej Republiki Konga, podczas zjazdu przedstawicieli mocarstw i Banku Światowego padają liczby: dochód z datków na rzecz walki z ubóstwem to dla tego kraju prawie dwa miliardy dolarów corocznego przychodu, o wiele więcej niż zyski z eksportu surowców naturalnych. Nic więc dziwnego, że nikomu, w tym rządowi Republiki, nie opłaca się skuteczne zwalczenie złej sytuacji życiowej Afrykańczyków. Liczy się nieustanne pomaganie, a nie trwałe rozwiązanie problemu.
Nie tylko rząd czerpie zyski z takiego stanu rzeczy, beneficjentami są również organizacje humanitarne, wielkie korporacje, dziennikarze i fotoreporterzy. Lista jest długa, także my konsumujący dobra pochodzące z Afryki, przyczyniamy się do wyzysku. Martens tropi absurdy afrykańskiej rzeczywistości – stosunki nierówności między pomagającymi, a osobami, którym się pomaga, między fotografami, a fotografowanymi. Zestawia sytuację jednych i drugich. Fotoreporter dostaje za jedno zdjęcie pięćdziesiąt dolarów, mężczyzna, który mógłby się na nim znaleźć, wycinając busz przez trzy dni, otrzyma jedynie pół dolara – i tak jest szczęśliwcem, inni próbują wyżywić trójkę dzieci za cztery dolary miesięcznie. Także instytucje, które powinny polepszać byt Afrykańczyków, dbają jedynie o własne interesy. Wojska ONZ ochraniają korporacje, wydobywające złoto i inne cenne surowce. Organizacje humanitarne, z UNICEF-em na czele, najbardziej zainteresowane są eksponowaniem swoich logo, które znajdują się nawet na płachtach rozdawanych uchodźcom, mających chronić przed deszczem. Szef korporacji zatrudniający na stałe około tysiąca pracowników, zapytany, czy wie jaki odsetek dzieci w pobliżu jego plantacji jest niedożywionych, odpowiada, że bardzo ciężko podać definicję niedożywienia.
Bieda to wielki przemysł, przynoszący niewyobrażalne zyski, pieniądze nie trafiają jednak do osób, które ten biznes nakręcają. Ich sytuacja się nie zmienia, mimo rosnących przychodów agencji prasowych i organizacji pozarządowych. Afrykańczycy sami o sobie mówią, że są jak źródło, do którego każdy przychodzi czerpać wodę, a potem wraca do domu. Choć ich materialna sytuacja zapewnia wpływy dla krajów zachodu, oni sami nie potrafią czerpać z niej korzyści. Nie widzą, że może być wykorzystana do poprawienia ich życiowej kondycji. Fakt ten nie dziwi, nie potrafią również wykorzystywać naturalnych zasobów mineralnych takich jak złoto, czy miedź, których w ich kraju nie brakuje. Za nich wydobywają je zachodnie korporacje, które posiadają wiedzę i technologię. Afrykańczykom pozostaje jedynie przyglądać się i akceptować swoją sytuację. Martens traktując biedę jako największy surowiec naturalny Afryki, zadaje sobie pytanie: do kogo on należy, kto posiada władzę do rozporządzania tym kapitałem? Odpowiedź zdaje się być oczywista, należy ona do biednych – Afrykańczyków. Postanawia więc rozpocząć akcję edukowania mieszkańców wiosek, aby zaczęli czerpać zyski ze swojej sytuacji. Zabiera grupkę fotografów-amatorów, którzy do tej pory robili zdjęcia na miejscowych imprezach, i nakłania, by fotografowali to samo, co ich koledzy po fachu z zachodu: wojnę, gwałt i ludzkie cierpienie. Cicha, afrykańska rewolucja wyzyskiwanych w swej biedzie jednak upada. Mimo, że afrykańscy fotoreporterzy robią to samo, co Europejczycy, czy Amerykanie, nie uzyskują prasowych akredytacji – nadal pozostają wykluczeni i odseparowani od swojej własnej rzeczywistości. Tylko obcy posiadają licencję na tworzenie wizerunków afrykańskiego ubóstwa.
Enjoy poverty nie jest kolejnym dokumentem interwencyjnym, mającym uwrażliwiać na problemy słabszych. Nie ma ambicji oskarżać i wywierać wpływ, jak filmy Michaela Moore’a. To artystyczna prowokacja Renzo Martensa, który doskonale zdaje sobie sprawę, że niczego tym filmem nie załatwi, w żaden sposób nie polepszy życia swoich bohaterów. Stąd etyczne wątpliwości, które pojawiają się podczas oglądania dokumentu. Również Martens staje się trybikiem w maszynie, która z pozycji wyższości wykorzystuje Afrykańczyków do swoich partykularnych celów. Różnica jednak jest taka, że on niczego nie ukrywa, nakierowuje kamerę na siebie, nie zasłania się żadnymi humanitarnymi frazesami. Mówi wprost: nie napiszę raportu o waszej sytuacji, jak wrócę do Europy, wasza sytuacja się nie zmieni, przyjmijcie do wiadomości, zaakceptujcie i cieszcie się życiem – tylko to wam pozostało. Nie kreuje się na lewicowego działacza starającego się zbawić uciskany proletariat, chce jedynie zwrócić uwagę na pewien problem. W tym celu buduje wielki neon z napisem Enjoy poverty. Jego przekaz skierowany jest do nas, europejskiej widowni oglądającej ten film – Afrykańczycy i tak go nie rozumieją, bo w większości nie znają angielskiego. Im pozostaje cieszyć się pięknem światła, które emanuje z neonu. Ich sytuacji to nie zmieni, pływający po rzece świetlny napis na nic im się zda, mogą jedynie radować się swoją biedą i ciężkim życiem.
Martens jest cynikiem w pełni świadomie organizującym akcję, która z góry jest skazana na porażkę, a wartość ma jedynie jako artystyczna prowokacja. Wykorzystuje w niej jednak ludzi, którzy mu uwierzyli i mieli nadzieję na poprawę swojego losu. Wielokrotnie przekracza granicę dobrego smaku i porzuca etyczne standardy, ale jednego nie sposób mu odmówić, że nie zwrócił uwagi na problem handlowania ubóstwem i cierpieniem Afrykańczyków.



