KATARZYNA PIWOŃSKA / Komu dzwonią, temu dzwonią…

2010-06-26

Widowiska plenerowe pozwalają festiwalowi głębiej i pełniej wejść w życie miasta i zaistnieć w świadomości jego mieszkańców – trafiają bowiem (nierzadko przypadkowo) do osób, które nie były pierwotnie zainteresowane proponowanym wydarzeniem. Teatrowi Periplum prezentującemu The Bell udało się wypełnić Plac Wolności niemal po brzegi, niestety – artyści nie utrzymali tego stanu do końca.

Co Brytyjczycy zaoferowali maltańskiej publiczności? Przede wszystkim postawili na spektakularność – dym, sztuczne ognie i żywe płomienie to najczęściej wybierane przez nich środki. W przypadku tematu wojny, a taki obrali artyści, są one z jednej strony uzasadnione i najbardziej naturalne, z drugiej – oczywiste. Do tego arsenału twórcy dodają śpiew, muzykę (także na żywo), bogaty w planie przestrzennym ruch i właściwie niewiele ponad to. O ile w przypadku teatrów ulicznych trudno oczekiwać wytrawnego aktorstwa, o tyle nieudolne próby zapalenia ognia, czy zderzające się ze sobą flagi, mogą stanowić zarzut. Tego typu potknięć nie udało się ominąć w piątkowy wieczór.

Fabuła zdarzenia nie należy do skomplikowanych: na gruzach państwa strawionego przez wojnę ocalali ruszają do walki o pokój (samo słowo walka w zestawieniu z pokojem brzmi jak oksymoron, a jednak takie słowa w widowisku padają); postulują przetopienie całego zasobu batalistycznego na dzwon, który obwieści światu pokój – co ma miejsce w finale. Niby nic zawiłego: a jednak słowa, w jakich zostaje owa historia wypowiedziana – patetyczne i upoetyzowane – mocną ją zaciemniają. Całość podsumowują dość trafnie słowa stojącej obok mnie dziewczyny: „niepokoją mnie te współczesne teatry, zawsze dużo dymu i nie wiadomo o co chodzi”.

Mówienie o wolności i pokoju w kraju, który te dobrodziejstwa od dwóch dekad posiada, do tego ludziom w dużej części wychowanym w tych warunkach, skazane jest nie tyle na niezrozumienie, co brak aprobaty. Za wiele nasłuchali się na lekcjach polskiego i historii, z mównic i w programach publicystycznych na temat martyrologii narodowej, która ich już nie dotyczy, aby po raz kolejny zetknąć się z nim – co prawda w zupełnie nowej formie. Dziś mierzyć się trzeba z nową rzeczywistością i problemami, jakie ona niesie, nie drapać stare rany. Dlatego finałowe wykonanie Murów Jacka Kaczmarskiego przy jednoczesnym nawoływaniu do gremialnego współudziału musiało się skończyć fiaskiem: zgromadzony na placu tłum, wbrew założeniom Periplum, nie przyłączył do solistki. Większą siłę rażenia miała – jak okazało się dwie godziny później – zachęta do zaśpiewania „Sto lat” dla członka zespołu grającego w klubie festiwalowym. Oczywiście można opowiedzianą na Placu Wolności (czyżby miejsce wystawienia było nieprzypadkowe?) historię traktować bardziej uniwersalnie, jednak sięgnięcie po utwór, jakim są Mury, to już silna konkretyzacja. Wydaje mi się, że przeciętny słuchacz nie odbiera jego tekstu jako ponadczasowego, ale kojarzy z określoną sytuacją historyczno-polityczną. Zastanawia mnie, czy artyści pokazując The Bell w różnych krajach sięgają do pieśni opiewających wolność, jakie funkcjonują w ich tradycjach – wskazując tym samym, że pragnienie wyzwolenia i niezależności jest uniwersalne, a każdy naród miał w historii momenty, w których to dążenie stanowiło priorytet. Czy też może w finale zawsze pojawia się hymn Kaczmarskiego, co niweczyłoby tę perspektywę.

Poza tą jedną – ale tym boleśniejszą, że poniesioną w finale – porażką sterowanie zbiorowością wychodzi Periplum perfekcyjnie. Publiczność na pierwszy znak przemieszczała się w kierunku zgodnym z intencją twórców. Znaleźli się również chętni do uczestnictwa w pochodzie ze sztandarami. Włączeni w akcję widzowie przemieszczali się pomiędzy polami, na których toczyły się boje. Z oddali wyglądali jak dowodzeni przez wznoszących się ponad nimi aktorów. Ci, z godną podziwu sprawnością, wykonywali ewolucje na swoich osobliwej konstrukcji machinach.

Swoim zwyczajem po widowisku wmieszałam się między rozchodzącą się publiczność, by posłuchać opinii po-spektaklowych. I niestety zawiodłam się – ich odsetek był bliski zeru. Nie sądzę, aby przyczyną było to, że źle trafiałam – coś musi być na rzeczy, skoro większość wymian zdań dotyczyła zrobionych zakupów, spotkanych osób, czy dalszych planów na wieczór. I bynajmniej w tych ostatnich nie pojawiało się omawianie świeżo obejrzanego przedstawienia. Właściwie tylko jedna (sic!) para, która padła ofiarą mojego gumowego ucha zajmowała się The Bell: próbowała zidentyfikować języki, w których śpiewano pieśni, zauważyła także fakt, że widownię wykorzystano w charakterze statystów.

Pytanie i odpowiedź, które cisną się na usta: ”Czemu dzwon dzwoni? Bo wewnątrz jest próżny?” nie mają zastosowania do tej realizacji – posiada ona swój potencjał treściowy i emocjonalny. Ale wyzwolić go można, według mnie, tylko w społecznościach, dla których poruszany temat jest aktualny i drażniący.


Zdjęcia