MICHAŁ PIEPIÓRKA / Brel uniewinniony

2010-06-26

Zapłakana dziewczyna biegnie przez miasteczko w podartej sukience – taką sceną rozpoczyna się film André Cayatte’a Les Risques du métier. Kluczowym, jak z początku się zdaje, pytaniem filmu jest: co stało się przedtem? Dziewczyna twierdzi, że została napadnięta przez swojego nauczyciela, który próbował ją zgwałcić. On – że nic takiego nie miało miejsca. Kto kłamie, a kto mówi prawdę? Kto jest ofiarą tej sytuacji? Kolejne pytania się piętrzą, a odpowiedzi należy szukać w wyroku niezawisłego sądu, tak jak w większości filmów klasyka francuskiego kina André Cayatte’a.

Zanim sprawą zajął się sąd, własne śledztwo przeprowadził mer, jak przystało na porządnego przedstawiciela władzy w małym miasteczku. Skonfrontował ze sobą zeznania dziewczyny i oskarżonego nauczyciela. Nie uciekł również od podszeptów życzliwych ludzi i plotek, które są najpopularniejszym źródłem informacji w tym prowincjonalnym, francuskim miasteczku. Gdy jego dedukcyjne umiejętności się kończą, a zawiłością sprawa przypomina kłębek wełny, do akcji wkracza policja. Ich pojawienie się w mieście wzbudza prawdziwą sensację, głównie wśród uczennic oskarżonego nauczyciela, które wszystkie, po kolei biorą udział w przesłuchaniach. W ich trakcie okazuje się, że ofiar molestowania w klasie jest więcej. Ostatecznie nauczyciel Jean Doucet zostaje oskarżony o próbę gwałtu na trzech dziewczynkach, za co grożą mu ciężkie, dożywotnie roboty.

Nauczyciel zdaje się być winnym – dlaczego młode, przyzwoite dziewczęta miałyby kłamać? Jednak szybko pojawiają się wątpliwości. Jean Doucet wydaje się wcielonym ideałem nauczyciela-wychowawcy, raz, gdy jest potrzeba, skarci, innym razem nagrodzi za dobre wyniki w nauce – wszystko w ramach przepisów, bez dwuznaczności i złych dotyków. Do tego jest przykładnym mężem swojej żony, która również jest nauczycielką i ufa mu bezgranicznie. Z czasem sprawia wrażenie postaci wręcz krystalicznej, niezdolnej do kłamstwa i złego uczynku. Skonfrontowany zostaje z trzema dziewczynami, które z nieznanych nikomu powodów brną w kolejnych oszustwach. Cayatte przedstawia czarno-biały świat, w którym ludzie dzielą się na sprawiedliwych i oszustów (w tym przypadku oszustki). Widzi rzeczywistość jak sędzia, który może podjąć tylko jedną z dwóch decyzji: skazującą lub uniewinniającą. Nie ma tu miejsca na niedomówienia i wątpliwości. Tak już jest do samego końca, brak zaskoczenia, wolty, intrygującej puenty. Sprawę, którą powinien rozwiązać sędzia, zgodnie z regułami filmu sądowego, pod koniec filmu, możemy rozwikłać prawie na jego początku. Jednak pytanie co stało się przedtem zostaje zastąpione innym, nawiązującym do polskiego tłumaczenia tytułu, dlaczego kłamały? Odpowiedzią na nie zajęła się Suzanne Doucet, żona niezachwianie wierząca w uczciwość męża. Swoje dochodzenie prowadzi równolegle do śledztwa policji, które jednak jest mniej wydajniejsze niż to, czerpiące siły z determinacji kochającej żony.

Suzanne w pewnym momencie staje się wręcz główną bohaterką tego dramatu, przecież chodzi tu o dobre imię jej męża, co w małomiasteczkowym społeczeństwie rzutuje także na jej opinię. Wykroczenie na tle seksualnym mogłoby zakończyć ich małżeństwo, gdyby oskarżenia się potwierdziły, dołączyłaby do dziewczynek, jako kolejna ofiara tego przestępstwa. Przez nieludzkie wręcz zaufanie do męża jej postać zdaje się być wyprana z uczuć, a przez to mało wiarygodna. Brak rozterek i choć cienia wątpliwości sprawia, że nie wierzymy tej postaci, a co za tym idzie nie identyfikujemy się z jej cierpieniem – nie wywołuje w nas żadnych emocji. Dramat małżeństwa, na którym miał być zbudowany film, rozpada się – tragedia niestety nie porusza.

Nie wolność osobista, duma, czy dobre imię, a właśnie rodzina miała być wartością, którą trzeba chronić udowadniając swoją niewinność. Bezpodstawne oskarżenia uczennic nie godzą najbardziej w nauczyciela, lecz właśnie w jego małżeństwo. Rodzina jest również najważniejszą wartością dla mieszkańców miasteczka, jakże konserwatywnych. Rodzice są w stanie kłamać, a przynajmniej zatajać prawdę, by chronić swe dzieci, kobiety, choć niejednokrotnie nieszczęśliwe w swych małżeństwach i zazdroszczące tak wielkiej miłości Suzanne do Jean’a, nawet nie myślą o odejściu. Cayatte, przy okazji tego sądowego dramatu, przygląda się małomiasteczkowej obyczajowości francuskiego społeczeństwa połowy lat 60., z jej konserwatyzmem, fałszem, niekiedy hipokryzją, ale również szlachectwem i dumą. Łącząc w sobie te cechy staje się ono miejscem, gdzie jednego dnia można, z pełnym przekonaniem, opluwać niewinnego człowieka, a drugiego klepać go po plecach, gratulując powrotu na wolność.

Niewybaczalnym byłoby nie wspomnieć o kluczowej postaci tego filmu, gdyby nie ona nie oglądalibyśmy tego, powiedzmy sobie szczerze, przeciętnego dzieła na festiwalu. Jacques Brel, flamandzki pieśniarz, odegrał w nim główną rolę, wcielając się w postać niewinnie oskarżonego nauczyciela. Film ten, w którym debiutował, stał się przepustką do kolejnych ról, między innymi u takich reżyserów jak Carné, czy Lelouch. Młody, przystojny, o uczciwej, ciepłej twarzy idealnie pasował do roli etycznie nieskazitelnego obiektu westchnień nastolatek. Na tle dość niewyraźnych aktorów mógł zabłysnąć blaskiem gwiazdy i całkowicie zdominować ekran.

Choć Les Risques du métier nie jest wyróżniającym się dziełem w dorobku Cayatta, Brel próbuje uzupełniać scenariuszowe luki, a psychologiczne uproszczenia z lekka wysubtelniać. Mimo, że nie utrzymał na swych barkach całego filmu, ze względu na niego warto zobaczyć to dzieło.


Zdjęcia