TADEUSZ FUŁEK / Malta z muzycznym rozmachem
2010-06-26
Co prawda nie było przecięcia wstęgi, sypiącego się confetti, ale trudno zaprzeczyć, że maltafestival poznań 2010 ruszył pełną parą. Dla widzów rozpoczął się już przed południem, ale za honorowy rozbity szampan na burcie Malty należy uznać koncert In Search Of the Soul of Jacques Brel. Z lekkim poślizgiem, po godzinie 20.00 jego kurator, Nick Hobbs, przywitał publiczność zgromadzoną w poznańskiej Arenie i zaprosił do wspólnej podróży po ścieżkach najbardziej (prawdopodobnie) znanego nieżyjącego śpiewaka flamandzkiego – Jacquesa Brela. Zapewne każdy przeciętny Polak nie zna zbyt wielu innych nieżyjących flamandzkich śpiewaków, ale nawet jeśli ta lista jest jednoosobowa, to bije na głowę setki przeciętnych zestawień „Top 10”. A wczorajszy koncert tylko potwierdził potęgę artystyczną dorobku Brela.
Jako pierwsza na scenę wyszła 60cio letnia Dagmar Krause. Już od pierwszej piosenki, „Na markizach”, zaśpiewanej po niemiecku, zyskała przychylność zebranych. Jej głęboki głos, który w każdym zdaniu emanował wyśmienitą zdolnością interpretacji i wielkim doświadczeniem zebranym przez lata, wprowadzał nas w klimat Brela. Nastrój, który tworzy nie tylko muzyka, ale też bardzo bogaty tekst – słowa wyświetlano w polskim tłumaczeniu po obu stronach sceny. Po czterech utworach wykonanych przez Krause na scenę wkroczył Arno – znany w Belgii, wszechstronny muzyk. Nam zaprezentował wyśmienite wykonania, wyśpiewane, momentami wręcz wychrypiane w manierze, której nie powstydziłby się Tom Waits. Siedział przy mikrofonie, a mimo to potrafił swobodnie wyrywać się z tego szablonu żywą gestykulacją, jak chociażby przy porywającym „Bruksela i ja”. Mouron, wyśmienicie znająca twórczość Brela, którą interpretowała wielokrotnie – m.in. na festiwalu w Awinionie, dodała z kolei ogromną dawkę ekspresji i scenicznej prezencji, nadając głębi swojemu występowi. Do genialnych tekstów dodała bogatą mimikę i miniaturowe inscenizacje wciągając widza w koncert - tworząc z tego na moment prawie że przedstawienie. Na tej artystce zakończyła się pierwsza część dwu i półgodzinnej brelowskiej uczty.
Drugą część koncertu rozpoczął kurator całego przedsięwzięcia – zaśpiewał dwa utwory, w tym jeden z Mouron. Niestety, nie posiadając najlepszego głosu, odstawał wyraźnie od reszty wykonawców. Wyrwa pozostawiona przez zapowiadaną wcześniej Milve, która nie wystąpiła z przyczyn zdrowotnych, była zbyt widoczna, żeby wypełnić ją przez Hobbs'a, czy Bruno Brela. Bratanek flamandzkiego śpiewaka dał występ poprawny, ale tylko poprawny. Żywa gestykulacja i entuzjazm nie wystarczyły, żeby przywrócić poziom z pierwszej połowy koncertu. Po nim na scenę wyszedł jedyny wykonawca śpiewający po polsku – Czesław Mozil, szerzej znany z projektu Czesław Śpiewa. Mimo że rozpoczął mało wyraźnie swym charakterystycznym, lekko kulejącym, akcentem, to poruszył widownię (zapewne przede wszystkim żeńską część) kontrowersyjnym „Dziewczyny i psy”. Po nim przyszła kolej na najbardziej chyba oczekiwanego artystę wczorajszego wieczoru – Marca Almonda. Nagrywając w 1989 roku płytę „Jacques” nie przypuszczał zapewne, że zostanie obwołany wielkim znawcą i interpretatorem Brela. Rozpoczął tak, jak na tym nagraniu – pesymistycznym, a jednocześnie poruszającym „Diabeł przybył”, aby później wykonać najbardziej chyba znany i najczęściej coverowany utwór flamandzkiego śpiewaka - „Nie opuszczaj mnie”. W końcówce koncertu powróciła Mouron z satyrycznym tekstem „Flamandowie” oraz duetem z Almondem - „Jacky”. Wieńczył ten wieczór Bruno Brel, z nietrafionym niestety „Marike” - utworem który wykonywała wcześniej Dagmar Krause. Po wyśmienitym Almondzie, który podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, takie zwieńczenie całości pozostawiało spory niedosyt.
Większość artystów spisała się wyśmienicie, zostawiając jak najlepsze wrażenie, spokojnie odsuwając w niepamięć te mniej udane fragmenty. Niestety oprawa pozostawiała wiele do życzenia i nie dorównywała poziomowi artystycznemu. Tłumaczenia tekstów rzutowane na dwie wielkie plansze po bokach sceny tylko rozpraszały – stały zbyt daleko od sceny. Kręcąc głową – od wykonawcy do tekstu i z powrotem – łatwo można było stracić wątek. Dodatkowo widzów zgromadzonych na ławkach Areny (oddzielnie były krzesła pod samą sceną) raziły co jakiś czas bardzo silne światła, które skakały po ścianach i widowni. Pechowy podział na dwa sektory sprawiał, że zupełnie inaczej można było odbierać koncert z tych dwóch miejsc. Impreza mogłaby odbyć się w trochę mniejszej sali, a na pewno wiele zyskałaby na atmosferze.
Teksty, rzecz najważniejsza w przypadku twórczości Brela, wykonywane były na przemian w paru językach. Wokaliści swobodnie żonglowali nimi – niemiecki, francuski, angielski i polski (tylko Czesław Mozil) na zmianę. Można było odnieść wrażenie, że poezja Flamandczyka nie ma żadnych granic i brzmi dobrze w każdym języku. Wiele na pewno zawdzięcza tłumaczeniom – polski tekst wyświetlany był na rzutnikach, niezależnie od wersji językowej aktualnego utworu. Przekład składał się przede wszystkim z nowych tłumaczeń Michała Zabłockiego, ale nie zabrakło też Wojciecha Młynarskiego i paru innych.
Fenomenalnie spisał się The Poznań Jacques Brel Band pod batutą słoweńskiego dyrygenta Izidora Letingera. Przy bardzo dobrej akustyce sali i dokładnym nagłośnieniu orkiestra mogła operować nastrojem, przechodząc od cichych partii do grzmiących refrenów, nie tracąc nic na jakości.
Koncert skończył się przed godziną 23.00 zgodnie z tradycją samego Brela – żadnych bisów. Nie przeszkadzało to jednak publiczności – wychodząc każdy nucił sobie sam pod nosem. Dla tych, którzy nie chcieli jeszcze kończyć dnia pozostawała możliwość udania się na Stary Rynek. Tam w klubie festiwalowym - Pasaż Kultury, wypełnionym po brzegi, obejrzeć można było występ polskiego zespołu BIFF. Niezależny projekt części składu Pogodno, z Anią Brachaczek na wokalu, porwał publiczność zabawnymi tekstami i skocznym pop – rockowym graniem. Zagrali najciekawsze utwory ze swojej debiutanckiej płyty „Ano” wydanej w zeszłym roku - „Ślązak”, „Pies 1”, czy „Monday”, który królował pod koniec 2009 na falach radiowej trójki. Pozytywną energię, którą nas naładowali można było wykorzystać na pierwszym z cyklu Silent Disco. Pomysł, który przywędrował do nas z angielskich festiwali, polegający na zabawie ze słuchawkami na uszach – didżeje serwują ją nam przez radio, a my tylko wybieramy jeden z kanałów, pozwala tańczyć nie zakłócając przestrzeni naokoło. Choć trudno powiedzieć, żeby Stary Rynek był wczoraj cichy i spokojny. Każdy dzień z Silent Disco ma swój tytuł – wczoraj było to: Welcome to the Malta Jungle Night Set. Ulotki z całą rozpiską dostępne są w Pasażu Kultury.
Dzisiaj będziemy mogli zobaczyć, również w klubie festiwalowym, kolejną polską wokalistkę – Julię Marcell, która zaprezentuje nam swoje kameralne i poetyckie utwory o godzinie 21.00. Po niej przyjdzie czas na szwedów z Friska Viljor – zespół grający muzykę równie enigmatyczną co ich nazwa. Folk – rockowe granie, ale z rozmachem i na wszystkim co znajdzie się pod ręką – od dzwonka do piły.













































