TADEUSZ FUŁEK / Wywiad z Czesławem Mozilem
Tadeusz Fułek
Wywiad z Czesławem Mozilem, jednym z uczestników koncertu In Search of the Soul of Jacques Brel, o tym, co wzrusza, nawet jeśli nie wiesz dlaczego
Będziesz dziś śpiewał na koncercie poświęconym Jacquesowi Brelowi. Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z twórczością tego artysty?
Brela poznałem przez swoją eksdziewczynę dopiero jako nastolatek. W domu tego nie słuchało się – rodzice, wywodzący się z Polski, słuchali innych rzeczy.
Co w takim razie było w kanonie muzycznym, w którym się wychowałeś? Co miało na Ciebie największy wpływ? Skoro nie francuska piosenka, to może coś duńskiego?
Właśnie nie duńska tradycja, zupełnie nie. Bliżej to Grechuta, Osiecka – to było w domu. Dlatego nie jest to tak dalekie od świata Brela. Logicznie, to leży w tradycji takiego teatralnego ekspresjonizmu, chanson – piosenka, która opowiada coś. I nie powiem, że dużo słuchałem Brela, ale leży to bardzo w stylistyce, którą ja lubię, którą ja operuję. I to dlatego, że nie umiem inaczej. Lubię historię, lubię coś przekazywać. Teraz w ogóle nie porównuję się z Brelem, broń cię panie boże, ale nawet jeśli nie zna się tekstu francuskiego Brela – nie wiedziałem o czym on śpiewa – faktem jest, że jak słyszysz te piosenki, to jakoś cię wzruszają. I nie wiesz dlaczego cię wzruszają, ale wzruszają. Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy zostałem zaproszony do tego projektu. Mam nadzieję, że nie spieprzę tych piosenek, ale na pewno zrobię je tak, jak ja je widzę i już się na to cieszę. Zgodziłem się na Brela, dlatego że to są piosenki, z którymi ja mogę zrobić coś, że poczuje, że one są moje.
Brel wychował się we Flandrii, ale karierę zrobił we Francji. Ty urodziłeś się w Polsce, ale wykształciłeś, wychowałeś się w Danii. Trudno jest zrobić karierę w obcym kraju? Jak wyglądały początki? Brel nie miał łatwo – zanim go dostrzeżono pełnił rolę zapchajdziury.
Wiesz co – nawet nie myślę w tych kategoriach. Myślę, że moja styczność z polską sceną nie jest przypadkowa, dlatego że ja tu jeżdżę od 2002 roku – często przyjeżdżałem i intensywnie koncertowałem. Polska była zawsze taką ucieczką od rzeczywistości. Byliśmy na studiach w Danii – tam stanowiliśmy raczej cześć undergroundu muzycznego. Więc ja nie spodziewałem się niczego – nie to że walczyłem o jakąś wielką karierę w Polsce. To co się stało – to też było przypadkiem. Jak nagle trafiło się szerzej, to i tak gram dalej na koncertach tak, jak zawsze grałem. Więc ja nie myślę w tych kategoriach, że jest łatwiej, czy trudniej. Po prostu Polska jest ogromnym krajem. W Danii, jest trudno, nawet jak masz hita, nawet jak trafiasz szerzej – nie ma tyle miejsc do koncertowania. A Polska jest miejscem, gdzie możesz naprawdę objechać ten kraj i poznać go i zawsze znajdą się jakieś nowe miejsca.
Zaczynałeś skromnie – pamiętam twój występ w poznańskim eskulapie z Tesco Value, a potem mały kameralny koncert w Kisielicach – tylko z towarzyszeniem jednego akordeonu. Skąd nagle się wzięła ta popularność Czesława - z tekstów, które śpiewasz, z muzyki?
Powiem tak: jak graliśmy koncerty, to osoby, które się najmniej zdziwiły, że nagle to wszystko stało się większe, to byli wszyscy moi muzycy. Bo oni jeździli ze mną siedem lat, zanim to wszystko się tak zaczęło i zawsze po koncertach mieliśmy, może nie dużo ludzi, ale było 20, 25 ludzi, czasami 50, którzy przychodzili i mówili: „dlaczego my nie wiemy więcej o tym, dlaczego moim przyjaciele nie znają tego, dlaczego was nie grają w radiu?” Ja nigdy się nie pchałem. Nie wmuszałem mojej muzyki do radia. Wszystko stało się przypadkiem – to w sumie przez Anię Brachaczek z BIFFa, którą spotkałem w Warszawie - zaprzyjaźniliśmy się przez internet i wzięła ten mój materiał do Mystic Productions. Nigdy nie wysyłałem swoich płyt do wytwórni, bo zawsze myślałem – że i tak to nie przejdzie.
To może przejdźmy do dzisiejszego koncertu. Czy możesz zdradzić, jak będzie wyglądał?
Wydaje mi się, że ja jestem jednym z pierwszych, bo poza mną są wielkie gwiazdy.
Jak np. Marc Almond – wystąpi na końcu?
Nie wiem, ale nie zdziwiłbym się, w końcu Almond jest jak gdyby kluczową postacią. Ja nie śledziłem jego kariery ostatnim czasem, wiem, że robił dużo Brela. Bardzo się cieszę, że mogę być w tym towarzystwie. Sam na razie miałem tylko indywidualne spotkanie z Izidorem Letinger - jest dyrygentem i odpowiada za wszystkie aranżacje. Poprowadzi też 14 osobową orkiestrę.
Tylko orkiestra, śpiewacy i Brel? Jakaś scenografia?
Nie wiem, przyznam, że nie wiem. Próby generalnej jeszcze nie było. Generalnie myślę, że każdy przyjdzie z tym co przygotował wcześniej we współpracy z Letingerem.
A kto cię zaprosił do tego projektu?
Albo Malta, albo Nick Hobbs – nie wiem do końca – dostałem mailowe zaproszeni. To jest trochę absurdalne – ja mam przecież taki akcent. Bardzo odważnie ze strony Malty wybrać mnie do tego, bo może tacy wielbiciele Brela będą wściekli, że ja, który mam taki akcent, ale robię to, jak umiem. Cieszę się, że mieli jaja, żeby mnie zaprosić. Mogli zaprosić przecież pierwszego lepszego piosenkarza teatru Roma, czy kogoś tam.
Znasz język francuski? Piosenki będą w oryginale, czy przetłumaczone?
Nie, nie znam francuskiego. Piosenki są przetłumaczone przez Michała Zabłockiego, z którym pracuję. On to zrobił świetnie, ale zrobił to tez inaczej. A mi się podoba, że wzięli kogoś nowego – mogli przecież wziąć tłumaczenia Młynarskiego.
Czy wybierasz się na Maltę - zostajesz na dłużej? Może chcesz zobaczyć jakiś koncert, przedstawienie?
Z chęcią bym tu został. Charlotte Gainsbourg będzie, chciałbym zobaczyć też BIFFa. Ja powiem szczerze, że Malta zaprosiła nas, żebyśmy zagrali koncert, oni chcieli w sobotę, ale ja lecę ze swoją menadżerką w sobotę na ślub Karen, która gra z nami w Czesław Śpiewa, więc w sobotę wieczorem jestem już w Kopenhadze, a w poniedziałek jadę na Roskilde Festival.
No właśnie – jesteś niejako forpocztą duńskiej sceny muzycznej w Polsce. Co nieco mogą wiedzieć, ale zazwyczaj polacy nie wiedza zbyt wiele o Danii, a tu nagle pojawia się Czesław Śpiewa, później Mademoiselle Karen.
Ale Czesław Śpiewa i Karen nie są jakimiś duńskimi rzeczami.
Czyli nie chodzi tutaj o duńską wrażliwość, która przypadła do gustu polakom?
Wydaje mi się, że nie, bo realia duńskiej sceny są bardzo inne niż Czesław Śpiewa. Być może, jakbym to zaśpiewał po duńsku to mogło by ewentualnie trafić. Ale wątpię, że jakby ktoś zaśpiewał to po angielsku, to by trafiło. Ta scena wygląda zupełnie inaczej. Są takie zespoły jak Mum, Efterklang – teraz grali na Offie, the Raveonettes, ale taki chanson, który jest mi dość bliski, to umarł w Danii dla szerszej publiczności. W takich dużych krajach, jak Polska, Francja, Anglia takie tradycje mogą trafić troszeczkę szerzej – to jest piękne.


