JUSTYNA CZARNOTA / Odświeżona Zapolska

2010-07-03

Uwspółcześnianie tekstów z kanonu literatury światowej i polskiej jest praktyką znaną i chętnie stosowaną. Sztuka Ich czworo Gabrieli Zapolskiej od 1907 roku, kiedy miała miejsce prapremiera we Lwowie, w Polsce wystawiana była ponad siedemdziesięciokrotnie. Przyznać należy jednak, że w pierwszej dekadzie XXI wieku, twórcy niechętnie sięgali po ten z lekka trącący myszką tekst, który przez ponad wiek zdążył się porządnie zdezaktualizować. Krytykowane przez autorkę układy i postawy społeczne uległy przedawnieniu, ale w ich miejsce pojawiły się nowe, nie mniej istotne problemy. Dana Łukasińska - dramaturg i Agnieszka Korytkowska-Mazur - reżyserka, od razu zauważyły, że nie da się dramatu Zapolskiej pokazać w pierwotnym kształcie scenicznym. Skorzystały jedynie ze znanego zrębu fabularnego. Uwspółcześniły język sztuki, ale również przepisały na współczesne realia portrety postaci, nie będąc przy tym mniej od Zapolskiej krytyczne. Jak przystało na postmodernistyczne realizacje, włączyły w strukturę spektaklu liczne odwołania do innego dzieła, Życia seksualnego dzikich Bronisława Malinowskiego, dzięki czemu stworzyły dodatkową płaszczyznę interpretacyjną; wprowadziły na scenę gromadę dzikusów, którzy wyłaniają się gdzieś zza łóżka, zza rogu, wyskakują spod podłogi; wplotły komentujące „songi” (słynne Last Christmas oraz All you need is love); zaszalały także w warstwie wizualnej i używając multimediów stworzyły w porządnym, bogatym domu prawdziwą dziką dżunglę.

Twórczynie przedstawienia bardzo dbają, aby podtytuł sztuki „tragedia ludzi głupich” pasował i do ich przedsięwzięcia. Nie ulega bowiem wątpliwości, że wykreowane postaci, podobnie jak oryginały u Zapolskiej, mianem tym można określić. Zapolska osądzała mieszczaństwo, Korytkowska-Mazur i Łukasińska bohaterami czynią profesorstwo i przyglądają się uważnie przeciętnemu domowi współczesnej warstwy inteligenckiej (jeśli w ogóle można o takiej mówić). Mąż – naukowiec, celebryta, pracoholik, który w Wigilię zmusza rodzinę do oglądania wywiadu z nim przeprowadzonego i pyta o to, jak „partycypują dyskurs”. Żona – kura domowa, którą stać na stylistę, dietetyka i dekoratora wnętrz, ale czegoś jednak w jej nudnym życiu brakuje. Zapolska wyraźnie podkreśla, że rozdźwięk i niemożność porozumienia pomiędzy małżonkami wynika z ich różnego statusu społecznego, wykształcenia, obycia. Korytkowska-Mazur jedynie w jednej scenie próbuje stworzyć taką płaszczyznę (kiedy żona uczy się nowych słów i w rozmowie telefonicznej używa ich nieprawidłowo, np. „może mnie pani pocałować w d… incognito”), przez co kobieta jawi się jako histeryczna, znudzona baba, która dla uatrakcyjnienia życia (i zwrócenia na siebie uwagi męża) wdaje się w romans. Fedycki jest całkowitą odwrotnością małżonka (wspaniale ilustruje to rozmowa między mężczyznami, dokładnie widać kontrast witalności, nowoczesności ze starczą tradycją i powagą) – młody, seksowny, słodki i… potwornie głupi. Jego romanse świadczą o tym, że uprawia współczesną formę prostytucji – od profesorowej bierze pieniądze, w zamian za usługi erotyczne nie musi również płacić czynszu właścicielce mieszkania, które wynajmuje. Przyznać zresztą należy, że dzisiejszy dandys jest nadzwyczaj wiarygodną postacią, przede wszystkim za sprawą Piotra B. Dąbrowskiego, dysponującego nie tylko świetnym warsztatem aktorskim, ale również warunkami fizycznymi, jakie sprawiają, że wszystkie panie na widowni doskonale rozumieją, dlaczego czarowi jego bohatera ulega każda kobieta. Jest bowiem w sztuce sugestia, że także czwartą bohaterkę romansowego czworokąta, Mariannę, z Feryckim coś w przeszłości łączyło (u Korytkowskiej znów jedynie zasugerowana w jednej scenie; Zapolska jest bardziej radykalna: mówi o usunięciu przez kobietę dziecka, którego ojcem był właśnie Fedycki). W tym przypadku krawcowa z początku XX wieku zmieniona została na doktorantkę profesora, która wytrwale dąży do związku z nim. Z pozoru ambitna dziewczyna, nadzieja polskiej nauki, po osiągnięciu swojego celu (romans żony wychodzi oczywiście na jaw, tym razem nie przy pomocy liściku, ale jak przystało na XXI wiek – SMS-a) zmienia się w taką samą kurę domową, jaką była jej poprzedniczka (akcja wraca do punktu wyjścia: znów obserwujemy nakładanie posiłku na talerze i zachęcanie do jego spożywania – symbolicznie oddano w ten sposób małe rytuały, do których ogranicza się wspólne życie). Gdyby zresztą nie jej bezczelna postawa modliszki, zapewne mąż pozwoliłby żonie na powrót. Naukowiec łatwo wierzy w zapewnienia Fedyckiego, że nic go nie łączyło z profesorową; gdy widzi ją nagle wyłaniającą się z balkonu w mieszkaniu kochanka, szeroko otwiera oczy ze zdziwienia, zdumiony, że ktoś go mógł okłamać. Nieprzystosowany społecznie mężczyzna nie potrafi pokłócić się ani z żoną, ani z jej utrzymankiem – bezradnie rozgląda się dookoła, recytując zapamiętane z książek fragmenty rozprawiające, co też robią dzicy w takich razach. Ostatecznie korzysta z ich metod, które do naszych realiów nijak nie przystają. Bo czyż wypowiedź, rzucona w stronę kochanka: „pies wyszczał się na moje tipi", może wywołać inną reakcję niż śmiech?

Krytycy, pisząc o dramacie Zapolskiej, zwracali uwagę przede wszystkim na sytuację dziecka w takim układzie. Traktowana jako karta przetargowa mała Lila u Korytkowskiej-Mazur zamieniona zostaje na dojrzewającą nastolatkę (podobnie postąpił np. Tomasza Zygadło w inscenizacji z 1977, zarejestrowanej dla Teatru Telewizji). Żadne z rodziców nie jest w stanie z młodą dziewczyną nawiązać kontaktu – tymczasem w niej zaczyna rozbudzać się seksualność, oczywiście zogniskowana na osobie Fedyckiego. Matka jednak jest zainteresowana dostarczaniem sobie przyjemności, nastolatce pozwala siedzieć w kącie z różowym laptopem. Tylko raz podchodzi do niej i przytula, łaskocze – dziewczynka łatwo poddaje się tej pieszczocie, co świadczy o potrzebie kontaktu z bliskimi. Żona ostatecznie porzuca jednak córkę, żeby spróbować zaznać szczęścia z Fedyckim. Maniana, jak przystało na stereotypową macochę, odrzuca dziecko. Mała zostaje kompletnie sama.

Na scenie pojawiają się jeszcze cztery postaci, która reżyserka nazywa demonami. Cztery postacie wystylizowane na „dzikich”, tubylców (poczernione ciała, dziwne fryzury i stroje) przygląda się poczynaniom postaci, uaktywniając się w chwilach budzenia się w bohaterach czworokąta silniejszych uczuć, namiętności. Wtedy demony tańczą swój energetyczny taniec w rytmie egzotycznej muzyki. Nie wiem, prawdę mówiąc, czy ich pojawianie się metaforyzuje świat, dodaje mu niebywałej głębi. Na pewno pozwala na kontrastowanie współczesnych postaw z pierwotnymi zachowaniami dzikich – choć to my jesteśmy cywilizowani i zmieniły się sposoby wyrażania naszych uczuć, lęków, stanów, problemy ciągle mamy te same. Inna sprawa, że demony zwyczajnie uatrakcyjniają przedstawienie – bez nich tragikomedia byłaby nieciekawą historyjką o współczesnej nieszczęśliwej, choć bardzo porządnie z zewnątrz prezentującej się rodzince. I ostatni argument: cztery osoby pełnią jednocześnie funkcję technicznych – za ich sprawą w kolejnych odsłonach pojawiają się i znikają kolejne przedmioty ze sceny i wygląda to naturalnie. Demony uzasadniają wprowadzenie wizualizacji, dzięki którym dom profesorstwa sprawia wrażenie zaplątanego w dżungli – spowity lianami, ozdobiony egzotycznym kwieciem.

Łukasińska i Korytkowska-Mazur stworzyły spektakl spójny, zwarty i konsekwentny, udowadniając, że wiekowa (dosłownie) literatura może być świeża i aktualna. Miały pomysł i starannie zadbały, aby wszystkie elementy spektaklu wpisały się w ich ideę. Powstało przedstawienie miłe i dowcipne (pojawia się wiele zabawnych haseł i gagów), zarazem stawiające pytania o naszą współczesną kondycję moralną.