EWA JELEŃ / Happy birthday Mr President

2010-07-03

Życie Kennedy’ch to temat niejednej obfitej książki czy filmu dokumentalnego. Ustanowili mit, który przeżył wielu z nich. Liczne afery miłosne, zamachy, nieszczęśliwe wypadki czy choroby przewijały się przez historię tej rodziny z zawrotną częstotliwością. Począwszy od przymierania głodem prapradziadków, przez operację mózgu Rosemary, a na zabójstwie JFK w Dallas skończywszy. Te „nośne” tematy stały się również kanwą scenicznej opowieści Luka Percevala pt. The Truth About the Kennedy’s. Czy jest ona tak samo pasjonująca, jak losy tej jednej z najbardziej znanych rodzin USA? Niestety, moja odpowiedź brzmi – nie.

Reżyser postanowił umieścić dziesiątkę aktorów na obrotowej scenie i szczerze mówiąc – ruch kolistego podestu wprowadzał jedyną dynamikę do całego spektaklu. Artyści wcielali się w rodzeństwo Kennedy’ch, innym razem w ich rodziców i znajomych. Historiom przez nich opowiadanym, towarzyszyły zdjęcia amerykańskiej rodziny, za pomocą rzutnika multimedialnego wyświetlane na ścianie z gazet, stanowiącą tylną granicę przestrzeni gry.
O Kennedy’ch pisała niejedna gazeta i być może, gdyby zebrać wszystkie artykuły prasowe
o nich – utworzyłyby razem mur trudny do sforsowania.

Widz został zbombardowany informacjami wypowiadanymi (lub częściej – wykrzykiwanymi) z zawrotną prędkością, przez co tracił kontakt z tym, czego był świadkiem. Dodatkową trudność stanowiła konieczność czytania tłumaczenia (dla nieznających języka niemieckiego – istny horror dla narządu wzroku!). Publiczność gubiła się zwłaszcza w momentach, w których opisy wydarzeń z życia Jackie Kennedy przeplatane zostały z historiami ludzi związanych z jej rodziną. Statyczność przedstawienia potęgował brak dialogów. Kwestie wypowiadane przez aktorów mogłyby równie dobrze trafić do serwisu Wikipedia pod hasło ‘rodzina Kennedy’ch’ – świetnie wpasowują się w narrację tego internetowego dzieła. Monotonia przedstawienia zamieniła go w gumę do żucia dla oczu i uszu, które sporo wycierpiały w trakcie The Truth…, co w dużej mierze wynika z naszych ograniczeń językowych i faktu, że przez większość spektaklu skupialiśmy się na tablicy, która wyświetlała napisy.

Czy spektakl wnosi coś nowego, głębszego w nasze rozumienie, odczytanie losów Kennedy’ch? Raczej operuje znanymi nam z radia, prasy czy telewizji informacjami oraz obrazami, które na stałe wpisały się nawet w popkulturę (mam tu na myśli chociażby uwikłaną w romans z JFK Marilyn Monroe, śpiewającą dla niego Happy birthday). A może chodzi w nim po prostu o ukazanie jednostek ludzkich, uwikłanych w złośliwy los
i niezdrowe relacje rodzinne? Nawet jeśli odpowiedź jest twierdząca – prawda o Kennedy’ch pozostaje i tak czyjąś prawdą. W dodatku przegadaną.


Zdjęcia