TADEUSZ FUŁEK / Cały wszechświat Kennedy'ch

2010-07-03

Świat nie kręci się wokół ciebie, nie jesteś pępkiem świata – każdy został w ten sposób chociaż raz w życiu skrytykowany. Łatwo popaść w takie przekonanie i skupiać całą uwagę na sobie. Gorzej, jeśli należymy do jednej z najbardziej wpływowych rodzin w historii Stanów Zjednoczonych, dla której obsesją jest władza i sukces – kto będzie miał wtedy odwagę powiedzieć nam, żebyśmy przestali patrzeć tylko na koniec własnego nosa? Taką samonakręcającą się spiralę zadufania i megalomanii, która rodzi strach z jednej strony i fascynację z drugiej, pokazał Luk Perceval na podstawie historii rodziny Kennedy'ch. Historii, która swoim dramatyzmem, wielowątkowością i tragizmem jest sama w sobie gotowym materiałem na spektakl.

Perceval umieścił aktorów na ruchomym kole sceny Teatru Wielkiego. Od samego początku wszyscy z rodziny Kennedy'ch, odgrywani przez członków Thalia Theater, poruszali się w jego rytm. Od twórcy potęgi Joe Kennedy'ego po spadkobiercę ich dziedzictwa, ostatniego, który pozostał przy władzy i przy życiu – senatora Teda Kennedy'ego. W sensacyjnej formie dowiadujemy się szokujących informacji o ich życiu – ich sekrety, knowania, polityczne zagrywki. To przytłacza - czujemy się nic nie znaczącymi pionkami na szachownicy, za którymi stoi ktoś, kto operuje wielką władzą – władzą wykraczającą daleko poza nasze rozumienie. Władzą, można by powiedzieć absolutną, ograniczoną jedynie przez narzucone społecznie prawa i konstytucję. Ale społeczeństwo można przekupić, prawa i konstytucję nagiąć – szczególnie jeśli jest się Kennedy'm. Kennedy nie uznają porażek i uparcie dążą do celu, posługując się do tego swoim własnym wizerunkiem, jak kolejną bronią z szerokiego repertuaru. A wizerunek jest to tak przepiękny, że nie można ich nie kochać. Kennedy przecież są prawdomówni i nie knują przeciw swoim przeciwnikom. Kennedy są wierni i nie zdradzają swoich żon. Kennedy wszystko co robią, robią dla dobra państwa.

Reżyser pokazuje nam w zwartej formie cały wszechświat tej potężnej rodziny w formie koła, które obraca się wokół władzy i sukcesu. Świat wokół mógłby równie dobrze nie istnieć, skoro spełnienie można znaleźć tylko w tym kolistym obszarze – jednostki pozostawione same sobie, bez wsparcia – jak Ted Kennedy, który przeżył swoich braci - usychają i gubią się w życiu. Jednocześnie koło przypomina huragan, cyklon który ogromną siłą i masami pieniędzy miażdży wszystko na swojej drodze. Ludzie wpadają w ten żywioł, kiedy są użyteczni, wirują w świecie, który nie należy do nich, a później wypadają zużyci. Spektakl pokazuje wiele takich historii – Monroe, Onasis, Roosevelt. To jest żywioł tej rodziny – nikt z nich nawet nie próbuje się schować wewnątrz koła, w oku cyklonu, które jest przecież najspokojniejsze.

The truth about Kennedy's jest spektaklem długim, jest spektaklem przegadanym, ale może fascynować. Zawiła historia ciekawie opowiedziana wciąga i nie pozwala się wyrwać – nie chcemy stracić kolejnego odcinka tej prawie opery mydlanej. Każdy kto wytrwał do końca tej 3,5 godzinnej sagi doczekał się dramatycznego, ale nie pozbawionego ironii, zakończenia. Chociażby dla tego zakończenia warto było zostać.


Zdjęcia