MICHAŁ PIEPIÓRKA / Krótka forma animowana

2010-07-03

Co łączy poezję z filmem animowanym? Umiejętność kreowania świata, często bardzo abstrakcyjnego – skonstruowanego zupełnie od zera. Nieskrępowana wyobraźnia, skłonność do metafory. Posługiwanie się aluzją, skrótem przy mówieniu o sprawach, które ciężko wyrazić „zwykłymi” słowami. Zarówno poezja, jak i animacja potrafią plastycznie opisywać kategorie abstrakcyjne, do czego niezdolne są często zarówno proza, jak i film aktorski. Analogie te dostrzegli flamandzcy animatorzy, którzy postanowili zespolić w jedno te dwa sposoby artystycznej wypowiedzi. W ten sposób powstał projekt Dichtvorm, którego nazwę można przetłumaczyć na polski jako haiku, albo po prostu forma wierszowana.

Tak powstała seria bardzo krótkich (zaledwie dwuminutowych) animowanych filmów, opartych zarówno o klasyczną, jak i współczesną poezję flamandzką. Filmy nie są jednak prostym zdublowaniem, tego co można przeczytać w tomikach. Choć bardzo ważną rolę odgrywają w nich słowa, nie one wybijają się na pierwsze miejsce. Często w ogóle są pomijane, a wtedy wiersz przemienia się w obraz. Dzięki temu wczorajsza projekcja w Sali audiowizualnej Muzeum Archeologicznego miała sens, gdyż z powodów technicznych z początku mogliśmy oglądać filmy jedynie w wersji oryginalnej – jak sądzę niewiele osób na sali władała językiem flamandzkim – ja na pewno nie należałem do tych szczęśliwców. Po kilku minutach, a co za tym idzie, po paru filmach, udało się włączyć angielskie napisy. I to również niewiele pomogło. Poezja ma to do siebie, że nie znając języka oryginału ciężko wyłapać sensy. Z angielskiego tłumaczenia można było wyłapać jedynie ich strzępki, więc lepiej było skoncentrować się na wizji – a było warto, choć poziom był nierówny.

Z racji językowych ograniczeń, najlepiej, moim zdaniem, sprawdzały się animacje operujące obrazem, a słowa trzymające na wodzy. Te, których sensy zawarte był w ciekawej puencie. Dwie minuty to naprawdę bardzo mało czasu. Środki wyrazu muszą być więc bardzo oszczędne, przekaz powinien być budowany na tym, czym najlepiej potrafi operować wiersz – na skrócie. Nie w tym rzecz, by w warstwie technicznej zachować przesadny ascetyzm. Chodzi jedynie o to, by zachować dyscyplinę myśli i klarowną strukturę. Tak było w filmie o mężczyźnie lecącym w niebiosa przy pomocy malutkiego balonika, wystarczyło jedynie odwrócić ekran, by sielska, nieco surrealistyczna atmosfera przemieniła się w wisielczą. Nic dodać, nic ująć, dwie minuty wykorzystane w pełni. Był pomysł, dobra realizacja i zaskakująca puenta. Jasna, można powiedzieć prosta, struktura, która jednak nie ogranicza sensów, wręcz wyzwala je i daje szanse na indywidualne odczytania. Podobnie było w With my quantum stroke, gdzie co prawda obrazowi towarzyszył głos czytający tytułowy wiersz, jednak gdyby go zabrakło, film na niczym by nie stracił. Przedstawia on plątaninę kresek i bazgrołów, z których, po wielkich staraniach, próbuje się wyłonić człowiek. Fantastycznie zanimowana walka człowieka z materią, przypominająca trochę estetykę filmów Billa Plymptona – choćby jego Face. Jedną z lepszych propozycji był Bruised. Naga kobieta, stojąca sama w pustym pokoju, dostrzega na swym ramieniu strużkę tuszu. Próby jej starcia nic nie dają, wręcz przeciwnie plama się rozrasta i ubezwłasnowolnia dziewczynę. Zrealizowany po części w technice poklatkowej animacji żywej aktorki film to metafora zniewolenia przez poezję. Prostą, ale ciekawą puentę miał również Underwater, choć z początku nic tego nie zapowiadało. Etiuda przedstawiała ograną i mało oryginalną historyjkę o pingwinie, który zazdrościł ptakom umiejętności latania. Nielot przez dwie minuty próbuje uczynić wszystko by wzbić się w powietrze, przypadek sprawia, że trafia pod wodę, gdzie może skorzystać ze swoich naturalnych umiejętności, przywodzących na myśl upragnione latanie. Choć film trwał naprawdę krótko, ma się wrażenie, że i tak za długo, jak na przekazanie swej, choć samej w sobie ciekawej myśli. Podobnie było w By a badgered tie, gdzie leżące w łóżku ciała kobiety i mężczyzny przemieniają się odpowiednio w lisa i borsuka, by stoczyć pojedynek na życie i śmierć. Pomysł mógłby się sprawdzić, lecz opakowano go w niepotrzebne elementy, które jedynie zacierają klarowność myśli. Kilka innych filmów, jak choćby A barely audible message wypadło nieco gorzej, ale dobrodusznie zwalam to na moją językową ignorancję.

Dichtvorm to nie tylko mozaika historii, myśli i sensów, to także nieprawdopodobna wręcz różnorodność technik i autorskich stylów. Ten pokaz można potraktować jak przegląd możliwości współczesnej animacji. Znalazło się miejsce na bardziej klasyczną kreskę, jak w Urban 2002, czy w filmie o dwójce mężczyzn leżących w łóżku, trzymając się za rękę, przywołującym na myśl styl Priita Parna, jak i na animacje komputerowe (A barely audible message). Między tymi technicznymi skrajnościami można było znaleźć plastelinę, kukiełki, jak w opowieści o człowieku w starciu z niezwyciężalnym czasem, przypominającej wizualnie filmy Marka Skrobeckiego, zdjęcia, wykorzystane w ciekawym Squirt on the centrepiece, który zbliżał się bardziej do filmowego eksperymentu, czy nawet graffiti (Ash is a steel). Ta techniczna wielowymiarowość urozmaicała pokaz i kazała z niecierpliwością czekać na kolejny film. Pokazała również jak ciekawą scenę animatorów posiada Flandria – mogąca przedstawić w jednym projekcie tak wielką stylową różnorodność.

Młodzi flamandzcy artyści tworząc swoje wizje narodowej poezji, potrafili nie tyle przedstawić wizualne ekwiwalenty dla słowa, co przenieść je na własną wrażliwość i wybudować nowe przestrzenie otwierające się na nieoczekiwane odczytania. Szkoda, że bariera językowa uniemożliwiła pełny kontakt z ich dziełami, lecz wyniesienie dobrego wrażenia po projekcji, w której mogliśmy oceniać praktycznie tylko obraz, jest chyba najlepszą rekomendacją. A trzydzieści pięć minut projekcji to zdecydowanie za mało, by zaspokoić nasze, zaanimowane podczas projekcji oczekiwania.