TADEUSZ FUŁEK / Belgia na rockowo
2010-07-02
Zazwyczaj Belgia i Flandria nie kojarzą nam się ze sceną rockową. Na palcach jednej ręki można by wymienić artystów z tamtych rejonów. Co ja mówię – palec wskazujący by wystarczył. Ja wskazałbym dEUS – uznany w Europie zespół poruszający się w klimatach alternatywnego rocka. Nie wiem, czy organizatorzy maltafestival poznań2010 rozważali tą kandydaturę – możliwe. Faktem jest, że ściągnęli za to artystę, który koncertował razem z nimi – Toma van Laere. Pseudonim sceniczny, pod którym mogliśmy go i jego zespół oglądać – Admiral Freebee. Nazwa ta zaczerpnięta została z powieści On the road Jacka Kerouaca. Oczywiście nie samego Toma oglądaliśmy wczoraj w Pasażu Kultury – towarzyszył mu 4-ro osobowy zespół.
Admiral Freebee wyszedł na scenę o czasie – godzina 23.00 pojawia się Tom w grafitowym garniturze, szarej koszuli i w czerwonych skarpetkach, obok niego ustawia się gitarzysta, klawiszowiec, basista i perkusista o identycznym image'u, jak Jeff Lynne z Electric Light Orchestra. Rozpoczęli szybko i rockowo. Z czasem dodali trochę bluesa, potem akustycznego pop country. Co i rusz skręcali w przeróżne gatunki muzyczne, żeby zaraz powrócić i postawić na rockową energię. Zdecydowanie najlepiej wypadały utwory, w których na czoło wybijały się niestandardowe aranżacje i odmienne instrumentarium – jak np. utwór, w którym Tom grał na harmonice i z trudem wyrzucał z siebie słowa manierą Toma Waitsa, czy też kompozycja z końcówki koncertu o lekko meksykańskim i westernowym posmaku.
Niestety przez większość koncertu zespół brzmiał bardzo monotonnie. Pierwsze skojarzenie – U2, ale to nie wszystko, gdyż dało się też usłyszeć spokojniejsze brzmienia – Snow Patrol, czy Coldplay, czy też blues rock a'la ZZ Top. Niestety frontman grupy brodę miał dość niepokaźną – tak też mniej więcej wypadał w porównaniu z ZZ Top. Jednostajna muzyka była jednak ożywania przez bliski kontakt Toma z publicznością. Nie dość, że co chwila zagadywał, opowiadał anegdotki, to jeszcze śpiewał pośród publiczności, oddał na czas jednego utworu swoją gitarę jednemu ze zgromadzonych widzów, a do tego nie szczędził wulgaryzmów – co jak wiemy zawsze wywołuje niezrozumiałe wybuchy radości i przysparza popularności. Dodatkowo wokalista atakował widzów emocjonalnością i mimiką na miarę pastora nowych, pokazowych, kościołów chrześcijańskich z USA. Zespół, co było bardzo widoczne, bawił się na scenie świetnie – grali z energią i chcieli grać długo. Publiczność nie dała im zejść aż przez godzinę i 45 minut. Występ oczywiście wieńczyły długie bisy, co powoli staje się standardem Pasażu Kultury. Niezależnie od koncertu.
Szkoda jednak, że tego czasu nie wykorzystali na bardziej wyrafinowane przedsięwzięcia – U2 może dość szybko się znudzić. Schematyczne utwory trudno było odróżnić od siebie, a dźwięk praktycznie się nie zmieniał – bardzo to dziwne, zważywszy, że każdy z gitarzystów był obstawiony przez tuzin efektów gitarowych. Co i rusz korzystali z nich, przełączali, zmieniali – tak naprawdę jednak nie było tych wysiłków słychać.
