KATARZYNA PIWOŃSKA / Dla wrażliwych?
2010-07-01
Podczas tegorocznej Malty dwa wieczory można było spędzić z teatrem A3, bo na tyle spotkań rozbity został Tryptyk: Tańcz/Okruchy. Wydarzenie odbywało się w zamkniętej przestrzeni Dziedzińca Różanego, przez co niezbyt wiele osób zdecydowało się na uczestnictwo w nim. Konkurencja była duża jeśli do wyboru w tym samym czasie była zbierająca pozytywne recenzje Czerwona Trawa Dady i fenomenalne Sad Face/Happy Face Needcompany. Czy było warto zdecydować się na propozycję A3?
Pierwszego wieczoru zaprezentowano część pt. Tańcz. Twórcy miejscem „akcji” czynią garderobę, w której trwają jakieś leniwe przygotowania. Bez pośpiechu i zwracania uwagi na gromadzącą się cały czas publiczność, oddają się takim zadaniom jak palenie papierosa, poprawianie garderoby i inne z tej serii czynności. Aż wreszcie ruszają w tango – nie wszyscy jednak. Inicjuje je jedna para, po chwili dołącza do niej kolejna. Nie jest to ogniste, pełne pasji i namiętności tango, ale wyjałowione z tych emocji. Równolegle widzimy w tle ustrojone w bazarowej urody sukienki niewiasty, które oddają się depilacji nóg. Nie idą na łatwiznę i tworzą z tej czynności skomplikowaną sekwencję ruchową. Co i rusz ktoś dołącza do tańczących, to znów ktoś rezygnuje na rzecz biegania po garderobianych toaletkach. Wykonawcy obywają się bez słów – chcą wypowiedzieć się wyłącznie za pomocą ruchu, przedmiotu i interakcji na linii aktor-aktor, aktor-przedmiot. Mam jednak wrażenie, że zapomnieli o kluczowej dla teatru relacji aktor-widz.
Od zespołu, który w informacji do spektaklu nazywa się wiernym tradycji Kantora, oczekuje się przynajmniej, że ich występ nie pozostawi widza obojętnym. Oglądamy na scenie mniej lub bardziej efektowne obrazki, które nie pozostają ze sobą w ścisłym logicznym związku – wręcz przeciwnie: trudno się spodziewać, jak rozwinie się sytuacja. Wszystko się może zdarzyć. Przypadek rządzi czasem i ruchem. Wykonawcy wychodzą od inspiracji przedmiotami – kwiatami, konewkami, rajstopami, pianką do golenia etc. i posługują się nimi do zbudowania sekwencji ruchowej. Na ogół raczej nie porywającej – nie pomaga absurd i nieprzewidywalność. Ładunek emocjonalny i treściowy poszczególnych „epizodów” do pokaźnych nie należy. Tempo przedstawienia jest dramatycznie niskie, tancerze silą się na budowanie napięć, ale są one zbyt małe, by przebyć dystans dzielący ich od widza. Relacja aktor-widz okazała się nie tak istotna, jak można spodziewać się tego przy spektaklach dramatycznych. Taniec rządzi się innymi prawami.
Drugi dzień przyniósł pewne zmiany: platformy, które służyły za scenę we wtorkowy wieczór, tym razem rozjechały się po dziedzińcu zmieniając się w quasi-mansjony. Ponownie wykorzystane zostają także zwierciadła. Na podwyższeniach ustawionych wokół placu tancerze wykonywali choreografie, które jednych zachwycały swoją malarskością, innym kazały szybko opuścić widowisko. Od czasu do czasu udawało się wychwycić współzależności pomiędzy tym, co wydarzało się w kolejnych mansjonach. Konwencja zbliżona była do tej, którą posługiwano się poprzedniego dnia: absurdalne zachowania ogniskowano wokół przedmiotów wyciągniętych z teatralnej rekwizytorni, czy może raczej z jarmarcznego straganu (baloniki napełnione helem, które oczywiście poszybowały w przestworza, sztuczne kwiaty). Po raz wtóry w wiodącej roli wystąpiła pianka do golenia, którą aktorzy wykorzystali do zbrukania luster, każdy w sobie właściwy, niepowtarzalny sposób. Część zaczęła się ni stąd ni z owąd i tak się również skończyła. Z jakichś przyczyn, znanych tylko reżyserowi i zespołowi, na murach zamku wyświetlano jednocześnie nagranie z Tańcz – jednak w taki sposób, że tancerze widoczni byli jedynie od pasa w dół.
Ostatni człon tryptyku ma charakter zdecydowanie nie teatralny: na trzech zwierciadłach wyświetlony zostaje ten sam film. Na każdym z tych ekranów obraz przedstawia się inaczej w konsekwencji odmiennego nałożenia pianki (w poprzedniej części). Dramaturgia tego nagrania nie przekracza poziomu zapisów z kamer przemysłowych. Obrazy przedstawiają na ogół detale ludzkiego ciała w minimalnym ruchu: mrugnięcia, pocieranie nosa, odwijanie powieki, przesunięcie stopy. Aktorów nie ma już w tym czasie na podestach, lecz już w prywatnych strojach dołączają do widowni.
Żadna z części nie przyniosła mi odpowiedzi na pytanie czemu sięgnięto po tradycję średniowiecznego mansjonu. Wielkim mistrzostwem jest zrobienie spektaklu, w którym efektowność idzie w parze z efektywnością. Osobiście optuję za pewną dozą pragmatyzmu w sztuce – w przypadku tryptyku mam mały problem. Nie odmawiam wykonawcom pomysłowości, ale nie przekonują mnie cele, w jakich ją wykorzystują. Wizje, które rozpościerają przed widzem są malownicze, jednak ich hermetyzm, buduje duży dystans i nie pozwala na dłużej wniknąć w tworzoną przez nich strukturę. Czuć w tym jakąś samowystarczalność, zwłaszcza kiedy podczas trzeciej części, która trwała dosyć długo, na dziedzińcu zostają aktorzy i najwytrwalsza publiczność, która znalazła coś dla siebie w tym spektaklu. Bezsprzecznie najmocniejszym punktem całości są piosenki oraz oprawa muzyczna – nic w tym dziwnego, skoro palce maczał w niej sam Chopin. Mianowicie: grupa A3 wykorzystała mało znane nokturny i preludia kompozytora posługując się ich uwspółcześnioną aranżacją. Inspiracje do tego zabiegu odnaleźli w podobieństwie tych kompozycji do struktury rytmów tanga. Zdecydowanie przyjemnie słucha się tego przedstawienia!
