EWA JELEŃ / Absurd podano do stołu
2010-07-01
Do jednych z moich ulubionych teledysków należy ten, w którym Red Hot Chili Peppers wykrzykują tytułowe Can’t stop. W wideoklipie dziurki w nosie basisty obdarowane zostają markerami, gitarzyście wtóruje tłum migoczących lamp, perkusista pełni rolę wieszaka dla… wieszaka, a wokalista staje się częścią składową muru. Czyja to wina? Jak podają sami muzycy – Erwina Wurma, artysty rodem z Austrii, autora One-minute sculptures. Te jednominutowe rzeźby były na tyle inspirujące, że to za ich sprawką Red Hot Chili Peppers nakręcili (moim skromnym zdaniem) jeden z lepszych teledysków w dobie MTV. Taniec i śpiew „do” oraz „z” rzeczami codziennego użytku, czyli śmiej się pan z tego – na całego.
Osobiście śmiałam się także na przedstawieniu Springville pomysłu Miet Warlop. I to z podobnych powodów, dla których Can’t stop wywołuje nieschodzący z ust uśmiech na przemian z chichotem, a i po drodze boki można zrywać. Akcja spektaklu rozgrywa się gdzieś na scenie, w zasięgu cienia typowego domku jednorodzinnego. Głównym bohaterem chciałby być tu człowiek – pan i władca mebli, pogromca niesfornych przedmiotów (takich jak skrzynka rozdzielcza). Jednakże jego hegemonii nie chcą ulec poddani. I wcale nie za pomocą buntu czy rewolucji pragną odmienić swój los – próbują raczej wejść z człowiekiem w dialog. Przyglądają mu się badawczo, jakby usiłowali zrozumieć motywy jego działań. Spełniają posłusznie swoje role, by udobruchać zniecierpliwionego i bezdusznego właściciela. Ten jednak nie dba o to, co posiada i bez mrugnięcia okiem spisuje meble na straty. Ale to nie on ma ostatnie zdanie w tej historii. Świat przedmiotów niezadbanych ulega autodestrukcji, odbierając człowiekowi warunki, w których jego egzystencja jest możliwa i wygodna.
Oglądający (przynajmniej taki jak ja) Springville czuje się trochę, jak widz niemego kina, pełnego gaf w stylu Charlesa Chaplina i absurdalnych zwrotów akcji. Pół przedmioty – pół ludzie stają się integralną częścią przestrzeni, igrając z człowiekiem i sobą nawzajem. Są instalacją, która ożywa i zaczepia – po to, by rozśmieszyć i zadziwić. Podziw należy się artystom, którzy w niewyjaśniony dla mnie sposób potrafili oddychać w zamkniętych pudłach i skrzyniach, a zwłaszcza aktorce grającej nogę stołu.
Czy powinno doszukiwać się jakiegoś ukrytego przesłania, głębokiego sensu w spektaklu Miet Warlop? Wydaje mi się, że nie jest to konieczne. Widz ma po prostu wygodnie usiąść, wyłączyć telefon komórkowy i dać się porwać humorystycznym obrazom rodem z Monty Pythona. W tym czerpaniu garściami z zabawy tkwi cały urok przedstawienia, który poleciłabym każdemu na poprawę nastroju (no chyba, że ktoś uważa za absurd teatr absurdu).






