KATARZYNA PIĄTEK / Jak Bóg stworzył człowieka

2010-06-30

Rozprawy sądowe kojarzyły mi się do wczoraj z rutyną i nudą. Jednak The Monkey Trial w wykonaniu TG STAN diametralnie zmienił moją opinię. Okazuje się, że sala rozpraw to prawdziwy teatr. Odgrywa się tu zarówno tragedie jak i komedie, które paradoksalnie połączone są nie lada teatralnym przysmakiem.

W 1925 roku John Scopes (nauczyciel biologii) został oskarżony przez amerykański stan Tennessee. Nauczał darwinowskiej teorii o ewolucjonizmie stojącej w opozycji wobec Biblii, co oznaczało złamanie prawa. Proces odbił się głośnym echem na całym świecie, gorąco się nim interesowano, przez co był głównym tematem gazet. To tutaj rozpoczęła się walka między nauką a religią.

The Monkey trial jest w całości oparty na faktach. Tekst to transkrypcja procesu. Został jedynie skrócony z ośmiu dni do niecałych trzech godzin. A jaki był jego przebieg?

Przedstawienie odbywało się w holu Collegium, Maius, który dobrze pasował do scenerii sali rozpraw. Stoły i krzesła były tak ustawione, że od razu nasuwały na myśl salę w sądzie. Było kameralnie. W tle znajdowała się wielka tablica z rozpisanymi nazwiskami. Okazało się później, że to hieratyczny układ nazwisk bohaterów od sędziego poprzez szeryfa, pastora, oskarżonego, oskarżycieli, obrońcę, świadków, aż do ławy przysięgłych. Z uwagi na to, że aktorów było tylko trzech, w tym Tiago Rodrigues grał wciąż postać sędziego, Frank Vercruyssen i Rooby Cleiren musieli odegrać pozostałe role. Gdyby nie ta tablica, na której podświetlano nazwisko aktualnie przemawiającego bohatera, zapewne mielibyśmy ogromny problem z orientacją w spektaklu, który i tak był z lekka pogmatwany.

Intrygujące były za to kartki rozłożone w pierwszym rzędzie widowni z napisem: „Siadasz?”. Nikt nie miał odwagi skorzystać z tego miejsca. Nim spektakl się rozpoczął, aktorzy poinformowali nas, żebyśmy krzyczeli w razie zbyt szybko wyświetlanego tłumaczenia. Słowo gra tu pierwsze skrzypce, więc ważne było nadążanie za nim. Następnie wyjaśniła się sprawa dziwnego pierwszego rzędu. Był on dla dwunastu członków ławy przysięgłych. Poproszono widzów o zajęcie tych miejsc. Zdecydowałam się również tam zasiąść i przybliżyć do miejsca rozgrywanej akcji.

Wreszcie można było rozpocząć. Najpierw wyświetlono czarno-biały film oddający klimat ówczesnego procesu. Pokazywał ludzi z tamtych czasów, miasteczko, salę rozpraw pełną mężczyzn. Po filmie nastąpiła szybka modlitwa pastora o odkrycie prawdy podczas tego procesu. I oto rusza do akcji sędzia Raulston, czterej obrońcy (najważniejszy to Darrow) oraz trzej oskarżyciele (najważniejszy to Bryan). Aktorzy Frank Vercruyssen i Rooby Cleiren na zmianę odgrywali bohaterów stojących do siebie w opozycji (atakowali po to by za chwilę bronić i odwrotnie), świadków, członków ławy przysięgłych. W ułamku sekundy zmieniali swój akcent, ton, postawę i doskonale odzwierciedlali różnorodne osobowości. Sędzia sprawiał wrażenie nieco nierozgarniętego, momentami wręcz jednostronnego, gdyż był gorąco wierzącym obywatelem. Członkowie ławy przysięgłych, choć mieli być bezstronni, w większości (aż 11osób) byli również osobami wierzącymi. Wydawało się, że tak naprawdę wszystko jest przeciwko oskarżonemu.

Adwokaci najpierw zwrócili uwagę, że Biblia nie jest podręcznikiem naukowym a ustawa o zakazie nauczania ewolucji jest atakiem na konstytucję i wolność jednostki.

Biblia miała stać się miarą inteligencji - wiedzieć więcej było niedozwolone. Był tu również świetny motyw kończenia się czasu na przemowę obrony, bohater by tylko zdążyć swój monolog, zaczął mówić w niebywale szybkim tempie.

Oskarżyciele wiernie stali po stronie Biblii, którą odczytywali dosłownie, nie interesowały ich żadne naukowe dowody. Byli oburzeni tym, że ktoś śmiał zrównać człowieka z małpą, zrównać ze zwierzętami. Na świadków powołali uczniów oskarżonego, chcąc ukazać demoralizację. Na uwagę zasługuje genialne odegranie Morgana- zestresowanego, jąkającego się czternastolatka z piskliwym głosikiem.

To, co rzucało mi się w oczy to irracjonalizm całej sprawy. Pełno tu było paradoksów, na myśl przywodzących Proces Kafki, niż sprawiedliwą rozprawą sądową. Sędzia nieustannie przedłużał sprawę, dowodów obrońców nie pozwolono przedstawiać przy obecności ławy przysięgłych, oskarżyciele zyskiwali często aplauz zebranych odwołując się do wiary. Niesamowitym jest fakt, że siódmego dnia trzy tysiące osób zebrało się na rozprawie, która odbywała się przed budynkiem sądu. Ten proces miał ogromne znaczenie dla biegu historii. Wspaniała była również końcowa mowa oskarżonego, który wykazał się doskonałą znajomością Biblii i przepytując swych oskarżycieli wykazywał wiele paradoksów płynących z dosłownego odczytywania Świętej Księgi. Kain miał żonę, choć teoretycznie była wtedy tylko na świecie Ewa. Na czwarty dzień Bóg stworzył dopiero Słońce i Księżyc, jednak upływały już przez te trzy pierwsze dni poranki i wieczory.

Scopes nie odrzucił swoich poglądów, gdyż uznałby to za pogwałcenie swoich ideałów naukowych. Ostatecznie został uznany za winnego i obłożony karą pieniężną. Sędzia w mowie kończącej wspomniał, że wielki człowiek to ten, kto poszukując prawdy, ma odwagę ją głosić. Któż jednak był wielki na tej sali?

The Monkey Trial udowodnił, że spektakle opierające się na słowie mówionym wciąż mogą być interesujące. Śmiech publiczności nie ustawał. Wszędzie dało się słyszeć chichotanie zebranych. Aktorzy doskonale improwizowali, reagując na niespodziewane sytuacje, typu - czyjaś głośna rozmowa piętro wyżej, czy czyjś dzwoniący telefon komórkowy. Spór pomiędzy walką a religią trwa nadal. Ważne jest również zagadnienie wolności osobistej. Spektakl porusza, więc nadal aktualny problem, zarazem przybliżając wydarzenie historyczne.

Nazwa STAN jest formą żartu. To skrót od Stop Thinking About Names. Grupa nie ma reżysera, jest realizacją marzeń, refleksji i nadziei tworzących ją osób. Lubią realizować i materializować teatralnie wszystko, co dla nich ważne. Na spotkaniu po spektaklu mówili o tym, że lubią to, co robią. Ja uwierzyłam w te słowa, naprawdę widać to było po nich na scenie!


Zdjęcia