TADEUSZ FUŁEK / Ładna, ale nudzi – nie uważasz, drogi Watsonie?

2010-06-30

Ładna, ale nudzi – nie uważasz, drogi Watsonie?


Watson zapewne zgodziłby się i też tak uważał. Chyba tylko Sherlock Holmes rozwiązałby zagadkę, czemu wczorajszy koncert w Starej Rzeźni się nie udał – przecież wszystko było dobrze zaplanowane i na miejscu. Drodzy państwo – zapytajmy więc, kto zabił wczorajszy koncert? Bądźmy jednak mili i kulturalni i jak prawdziwi gentlemani o złych rzeczach nie mówmy. Albo mówmy, ale zostawmy na później – o supporcie w wykonaniu Renate Jett słów kilka znajdziecie więc dopiero na końcu.

Charlotte Gainsbourg – córka wielkiego kompozytora francuskiego, skandalisty, playboya, ale niewątpliwie też i geniusza – Serge'a Gainsbourga, oraz angielskiej aktorki - Jane Birkin. Pierwsze kroki w karierze muzycznej, jak i aktorskiej robiła właśnie u boku ojca. Ich pierwszy wspólny obraz Charlotte for Ever był dość kontrowersyjny, ale też i mało znany. Tak samo nazywała się zresztą pierwsza płyta tego duetu skomponowana i wyprodukowana przez Serge'a, a zaśpiewana przez Charlotte w wieku 15 lat. Kolejna płyta długogrająca, 5:55, nadeszła dopiero w 2006 roku i znalazła uznanie jako spokojna płyta okołopopowa. Trasa, do której zalicza się występ maltański, jest trasą promującą jej najnowsze wydawnictwo – IRM nagrane wspólnie z gitarzystą Beckiem.

Charlotte rozpoczęła przyjemnie - od tytułowego utworu z tegoż właśnie krążka. Charakterystyczny dźwięk rezonansu magnetycznego wybijał rytm, a na ekranach za plecami muzyków wyświetlały się zdjęcia z tego urządzenia. Na wysokich na całą scenę rurach ze świateł co i rusz poruszały się kolorowe wzory o bardzo przyjemnych odcieniach. Artystce na scenie towarzyszył 5-cio osobowy zespół złożony przede wszystkim z multiinstrumentalistów. Kiedy przebrzmiały pierwsze piosenki, głównie z ostatniej płyty, nastrój zaczął trochę opadać.. Charlotte, cicha, spokojna, sprawiająca wrażenie skromnej nie umiała porwać publiczności, zmęczonej jeszcze po występie Renate Jett. Od utworu do utworu czas się coraz bardziej wydłużał. Pani Gainsbourg grała poprawnie, ale mało przyciągająco. Poza utworami z IRM zagrała również starsze kompozycje, a także L'Hotel Particulier z Histoire de Melody Nelson – legendarnej płyty swojego ojca. Występ Charlotte Gainsbourg był nastrojowy, ale po prostu przeciętny. Nie pobudzał słuchaczy i monotonnością potrafił zniechęcić. Być może jest to wina dość przypadkowego składu – utwory nie brzmią tak przekonująco, jak brzmiały na płycie w wykonaniu Becka. Sporo zyskiwał jednak dzięki dobremu nagłośnieniu i oświetleniu, które ożywiało scenę. Ładne i miłe piosenki, ładna i miła wykonawczyni, sprawny muzycznie zespół – to jednak za mało, kiedy brak charyzmy staje się widoczny.

Koncert byłby może bardziej nastrojowy, gdyby nie to, że występująca wcześniej Renate Jett zmęczyła publiczność i odebrała jej całą ochotę do słuchania. Ta austriacka aktorka, znana w naszym kraju z ról w przedstawieniach Krzysztofa Warlikowskiego, zaprezentowała utwory ze spektaklu (A)pollonia – kompozycje Pawła Mykietina. Przy wsparciu swojego zespołu wykonała długi set składający się często z połączonych piosenek utrzymanych w bardzo eklektycznym klimacie. Prawdę powiedziawszy – tak eklektycznym, że trudno było słuchać. Może to wina złego nagłośnienia (porządne pojawiło się dopiero wraz z Charlotte), albo mało teatralnej aury (na co te piosenki były nastawione), ale Pani Jett zawiodła wykonując te pseudo – różnorodne kompozycje. Aktorska sztuczność udająca prawdę była momentami nie do zniesienia, a klimat „mistyczny” tych piosenek częściej przywodził na myśl raczej New Age. Ekspresja i rola, w jaką wpadała ta aktorka, były bardzo mało przekonywujące i wielu widzów postanowiło zrobić sobie przerwę podczas jej występu, a reszta wyglądała na dość znudzoną, czemu dawała (a raczej nie dawała) wyraz poprzez niemrawe oklaski. Przez cały czas tego występu miałem wrażenie, że znajduję się w USA, w jakimś przydrożnym barze, gdzie do kotleta przygrywa przeciętna kapela blues-rockowa, z kobietą po przejściach na wokalu, która za wszelka cenę chce się wybić do branży. Główną rozrywką tego koncertu był charakterystyczny gitarzysta wyróżniający się koszulką Barcelony i mimiką Santaty, czy Marka Knopflera, kiedy pędził palcami po progach gitary.

Kto więc zawinił, drogi Watsonie? W planach ten wieczór rysował się dość obiecująco – znane nazwisko z udanymi płytami na koncie, z sukcesami, w trasie po całej Europie. Do tego uznana w kraju aktorka prezentująca inne oblicze. W rzeczywistości jednak te 3,5 godziny dłużyły się niemiłosiernie.

A co ma z tym wszystkim wspólnego Sherlock Holmes? W sumie nic. Wczorajszy wieczór z moimi oczekiwaniami też niezbyt wiele miał wspólnego


Zdjęcia