JAGNA BURLAGA / Surrealistyczne, aczkolwiek miłe

2010-06-30

„Po przeczytaniu jakiejkolwiek książki Borisa Viana rzeczywistość nie jest już taka sama. Jego surrealistyczna wizja jest tak pociągająca i otwierająca, że chciałoby się w niej przebywać i trwać, pomimo goryczy i bliżej nieokreślonego smutku” – Katarzyna Chmielewska.

„My tańczymy, a nie mówimy, a przecież cały urok Viana tkwi w języku, więc musimy znaleźć podobny urok w ruchu. Z tego, co powyżej wynika, że musimy zacząć z Vianem, a potem przed nim czmychnąć, by zrobić autonomiczne, spełniające się samo w sobie przedstawienie” – Leszek Bzdyl.

Tak o swoim przedstawieniu Czerwona trawa wypowiadają się członkowie Teatru Dada Von Bzdülöw. Spektakl, który wczoraj ujrzeliśmy w przestrzeni Starego Browaru Słodownia +3 to kolejne spotkanie Teatru z prozą Borisa Viana. Styl Viana to zlepek sennych marzeń, ludyczny dowcip, absurdalne sceny, pełen groteski humor oraz tętniący pod tym egzystencjalizm, przypominający o przemijaniu i nieuchronnej śmierci.

U Viana wszystko dzieje się w języku. Pisarz bawił się słowami i ich znaczeniami. Tworzył dziwne nazwy. Posługiwał się parodią i groteską, dzięki czemu pozwalał nabrać dystansu do życia, do epoki. Krytykował skostniałe poglądy, zmuszając do porzucenia myślowych przyzwyczajeń i wyjścia ku nowym doświadczeniom. Praca Bzdyla i Chmielewskiej była trudną próbą przeniesienia języka Viana na język ciała. Tancerze stworzyli własny alfabet ruchowy. Starali się oddać klimat książki, budując autonomiczne przedstawienie.

Po obejrzeniu Czerwonej trawy Dady ma się ochotę powiedzieć – absurd. Wszystko dzieje się tu bez szczególnej przyczyny i bez widocznego skutku. Jakby trzeba było wyjść na scenę i coś zrobić. Zgaszone światłą, z rzutnika rozpoczyna się projekcja jednego ujęcia – polna droga, drzewa, trawy. Dużo zieleni, która wprowadza sielski nastrój. Na scenę wchodzi piątka tancerzy. Trójka rozsiada się leniwie, jedna kobieta stoi z tyłu sceny, druga przybiera dziwne pozy, turla się po podłodze, zakłada sobie nogi za głowę, dzięki czemu może swobodnie oglądać swoje pośladki. W końcu rozciąga się nieruchomo na podłodze i tak zostaje. Z głośników dobiega rytmiczna muzyka, która będzie stale powracającym motywem spektaklu. Czwórka tancerzy podchwytuje rytm. Zaczynają śmiesznie podskakiwać, wymachiwać rękami i nogami. Dobierają się w pary i ćwiczą tańce towarzyskie. Co jakiś czas mężczyźni odchodzą, trenując namiętnie swoją partię. Znudzone kobiety przyciągają wielkie suszarki fryzjerskie i rozsiadają się pod nimi, jakby się opalały na plaży.

Kiedy widownia oswoiła się z powracającymi sekwencjami, tancerze (Leszek Bzdyl, Radek Hewelt) wbiegli na widownię. Stanęli naprzeciwko nas dziwnie się nam przyglądając. Chodzili między nami po kolanach, zaglądali pod krzesła. Hewelt stawał na głowie, wymachiwał nogami. W końcu zaczęli celować do siebie z kulek, wydmuchiwanych ze słomki. Dziwne sceny, które zakłócały duszną atmosferę, nie tylko śmieszyły, ale wybijały widza z rytmu, nie pozwalały spokojnie siedzieć.

W trakcie spektaklu, obraz płynący z rzutnika zastąpiło krótkie video. Mężczyzna czytał z kartki komunikat. Mylił się, używał dziwnych słów, przerywał, aby opowiadać o sprzedawcy serów, swojej żonie, płaceniu podatków i nadprodukcji idei do tworzenia performance. Absurdalność jego wywodu przywodziła na myśl skecze Monty Pythona. Na miejsce mężczyzny powrócił obraz przyrody, a tancerze powrócili do swoich sekwencji tanecznych.

Teatr Dada doskonale bawi się ruchem. Można powiedzieć, że tworzy swoiste neologizmy ruchowe. Postaci często tańczą w duetach, które wyglądają trochę niezdarnie, jakby odbywały się przed nami próby do dopiero co, powstającego spektaklu. Tancerze uskuteczniają partnerowania, dźwigania, chwiejąc się przy tym i przewracając. Twórcy wykorzystują motywy (miłości, zazdrości, młodości itd.), przerysowując je i umieszczając w nowych kontekstach.

Tancerze Dada są pełni humoru, dystansu do siebie i swoich zachowań. Podjęli się trudnego zadania – przelania surrealistycznych wizji Borisa Viana i jego zabawy językiem na ruch. Czy im się udało? Ja bawiłam się dobrze. Trzeba się tylko poddać rytmowi Czerwonej trawy i nie doszukiwać się we wszystkim znaczenia na siłę.


Zdjęcia