JAGNA BURLAGA / Prawo do własnego zakończenia

2010-06-29

Moje wyobrażenia o spektaklu Another Sleepy Dusty Delta Day Jana Fabre zupełnie minęły się z tym, co ujrzałam dzisiejszego wieczora. NIESTETY! Śmierć i żałoba nie muszą być wykrzyczane, aby poruszały i skłaniały do refleksji. Wręcz przeciwnie, myślę, że temat spektaklu bardziej dotarłby do widzów, gdyby tancerka była oszczędniejsza w ruchu i spokojniejsza.

Another Sleepy Dusty Delta Day powstało z doświadczenia śmierci bliskiej osoby. Fabre stworzył aktorsko – taneczno – śpiewany solo po śmierci matki, która przez kilka tygodni umierała na raka. Reżyser podejmuje dyskusję na kontrowersyjny temat, jakim jest eutanazja. Jednak mam dziwne wrażenie, że większość tej dyskusji toczy się poza przedstawieniem i w wywiadach z Fabre.

„Życie stało się takim fetyszem, że nie wolno go samodzielnie odrzucić, zakończyć. Absurd. O tym właśnie napisałem.” – tak Fabre mówi o swoim utworze w rozmowie z Joanną Derkaczew (Gazeta Wyborcza).

Z przyciemnionej przestrzeni scenicznej tylko słup światła wydobywał z cienia postać kobiety (Artemis Stavridi), siedzącej na drewnianym fotelu i czytającej list. W pewnej chwili, kiedy wszyscy widzowie już siedzieli na swoich miejscach, kobieta starannie złożyła kartkę papieru i zaczęła przemierzać scenę, nad która wisiały klatki z zamkniętymi w środku żółtymi kanarkami. W tle słychać było szum jeżdżących kolejek – zabawek, które potęgowały nastrój niepokoju.

Kobieta podeszła do mikrofonu i drżącym głosem zaczęła czytać list. Pożegnalny list mężczyzny do ukochanej kobiety. List mężczyzny, który zamierza popełnić samobójstwo. List składał się z kilku części, wyznaczanych przez godziny (20.00, 20.33 itd.). Ten list – monolog to bardzo świadoma wypowiedź człowieka, który wychodzi na spotkanie śmierci. Wybiera śmierć, aby nie czekać w lęku na swój koniec. Jest to wypowiedź człowieka, który pragnie decydować nie tylko o swoim życiu, ale także o swojej śmierci. Nie zgadza się na powolny rozkład ciała w bólu i cierpieniu.

Kolejne części listu przeplatały się z sekwencjami tanecznymi i śpiewanymi (ciągle powracający motyw z piosenki Ode to Billy Joe). Z rozczarowaniem muszę przyznać, że momenty, w których Stavridi czytała list były najbliższe idei spektaklu. Cała część taneczna była dla mnie przerysowana i zbyt histeryczna. Czy trzeba w konwulsjach mierzyć się z podłogą, żeby ukazać tęsknotę i niemoc zrozumienia samobójczej śmierci ukochanego? Kobieta wirowała po scenie, lawirując między rozłożonymi torami i kolejkami. Kładła się na tory, jakby chciała poczuć to, co czuje człowiek na chwilę przed tym ostatecznym ruchem. Co jakiś czas wydobywała z usypanych stosów kamieni butelki z piwem, komicznie zataczając się przy tym i rzucając butelki po scenie. Dosłowność, z jaką próbuje się widzowi ukazać zmaganie ze śmiercią; nie tylko ukochanego, ale i swoją, która każdego dnia jest coraz bliżej, rozczarowuje i irytuje. Interesujący pomysł Fabre zawiódł egzaltowaną realizacją. Miotająca się bezradnie po scenie kobieta sprawiała wrażenie, jakby artyści nie do końca mieli pomysł, co zrobić z nurtującym ich tematem.

Reżyser uważa, że „tylko ciało nie kłamie”. Nasz umysł „mówi” poprzez ciało. Ruch jest nośnikiem znaczeń, tworząc formę komunikatu. Bohaterka Another Sleepy Dusty Delta Day grzęźnie w pustych formach, przez co staje się nieautentyczna. Tragiczne przeżycia kobiety, tracącej ukochaną osobę, zginęły w nadmiarze ekspresji ruchowej. Fabre nie powiedział nic nowego o śmierci, eutanazji i żałobie, a co najgorsze – nic prawdziwego, bo mnie postać stworzona przez Stavridi zupełnie nie przekonała.


Zdjęcia