KATARZYNA PIĄTEK / Samotność w tłumie

2010-06-29

Pośpiech. Nerwowy stukot obcasów i ciężki odgłos męskich butów. Miejski zgiełk. Ludzka obojętność i brak zainteresowania tym, co dzieje się tuż obok. Każdy zmierza w swoją stronę, byle szybciej, byle do własnego celu. Znajoma sytuacja, nieprawdaż? Co dzień uczestniczymy w ulicznej grze anonimowych przechodniów.

Francuska grupa taneczna Compagnie Ex Nihilo postanowiła wykorzystać ten temat w swoim przedstawieniu Trajets de Ville. Podczas kolejnego festiwalowego dnia zawładnęli na moment fragmentem ulicy Ratajczaka przy Starym Browarze.

Początek spektaklu nie od razu został przez wszystkich dostrzeżony, gdyż rozpoczął go zwyczajny mężczyzna rysujący kredą po chodniku. Po chwili wyłonili się z różnych części widowni pozostali aktorzy i zaczęli po prostu… chodzić. Można by pomyśleć, że to tylko ruch pieszych. Zwłaszcza, że z boku zlewali się z nimi ludzie migrujący do i z Starego Browaru. Aktorów wyróżniał jedynie dość staromodny, urzędowy strój: koszula, marynarka, spodnie na kant lub spódnica za kolano. Szara masa stwarzająca oschły dystans. Co ciekawe, bohaterowie przekazują sobie z rąk do rąk zieloną torbę. Ale poza tym drobnym gestem nie zwracają na siebie w ogóle uwagi. Nie patrzą na siebie. Ani na moment nie rozjaśnia ich twarzy uśmiech. Nikt nie przeprasza, gdy na kogoś wpadnie. Wydają się być zdehumanizowani, współgrając z architekturą Starego Browaru w tle. Szybko, szybciej, nogi posłusznie prowadzą ich przed siebie. Chwilami zdradzają zagubienie, częściej jednak chłodną obojętność. Wkomponowuje się w to muzyka grana na gitarze elektrycznej. W pewnym momencie czuję się nawet, jakby jej piskliwe, wysokie tony wrzynały mi się w pod skórę.

Ot powszednie sytuacje na ulicy stają się dla aktorów inspiracją do tańca. Ta grupa ludzi wchodzi w przypadkowe interakcje ze sobą. Z początku są to tylko te negatywne. Ktoś biegnie, bo przecież jest już spóźniony. Ktoś komuś wchodzi w drogę, ktoś kogoś popycha, ktoś się przepycha, ktoś wpada na drugiego człowieka, ktoś popycha przechodzących obok, ktoś wdaje się w bójkę. Ktoś prosi o pomoc, błaga, jedną, trzecią, piątą osobę. I spotyka go tylko wroga niechęć. Ktoś upada i być może w tej chwili umiera, lecz pozostali dalej idą swoją drogą. Ktoś, bo to tylko anonimowa masa. A tak zwana ludzka znieczulica jest doskonale wypielęgnowana. Widać strach i nieufność wobec obcego. Obcym może być nie tylko turysta czy mieszkaniec tego samego miasta, ale i własny sąsiad z ulicy, którego przecież nie było okazji poznać. Świetnie ukazano też mur grupy, którego jeden człowiek nie jest w stanie przebić. Zarazem siła tkwi w jedności. W życiu zresztą różnie bywa. Ta grupa ludzi stopniowo zaczyna na siebie świadomie reagować, ich losy splatają się. Już przy kolejnej bójce nie ma żadnego biernego widza. Gdy aktorzy zaczynają upadać na ziemię, niczym sypiące się domino, jedna kobieta biega pośród nich i próbuje ich podtrzymać. Z racji bariery językowej nie zrozumiałam jednak, co za słowo powtarzali upadając.

Ogólnie wśród „przechodniów” nie pada zbyt wiele słów. Ot kilka razy wybuch złości czy słowa prośby. Poza tym były trzy dłuższe monologi kobiety i dwóch mężczyzn, którzy odchodzili do stojących po bokach mikrofonów i mówili po francusku. Niestety nie było żadnego tłumaczenia. Rozumiem, że słowa nie były tu najważniejsze, jednak wolałabym rozumieć, co się do mnie mówi. Cóż, może najwyższa pora zacząć uczyć się francuskiego.

Końcówka spektaklu daje pozytywne przesłanie. Powinniśmy stać się bardziej ludzcy. Aktorzy tym razem nie przechodzą obojętnie obok siebie, wreszcie dostrzegają siebie nawzajem. Na ich twarzy zawitał uśmiech. Podają sobie dłonie, wpadają w swe ramiona, podnoszą przewróconych. Przecież nie jesteśmy robotami ślepo goniącymi za swoimi sprawami. Musimy pozbyć się nieufności i obojętności względem mijanych ludzi.

Anne Le Batard to choreografka i założycielka grupy. Swoje projekty realizuje nie ograniczając się zamkniętymi przestrzeniami, wychodząc z tańcem współczesnym do ludzi. Compagnie Ex Nihilo nie tylko inspirują się przestrzenią miejską, ale i ją wykorzystują próbując się w nią wpasować. Udało im się to również w Poznaniu z fragmentem ulicy Ratajczaka. Co dzień przechodzą tamtędy zabiegane tłumy ludzi ignorujących się nawzajem. Nawet jeśli wchodzą w interakcje, to są one przypadkowe i krótkotrwałe, tak jak w przedstawieniu Trajets de Ville. Poza tym ciekawym i nietypowym doświadczeniem dla publiczności było posiedzieć na chodniku czy murku zamiast w wygodnym krześle podczas spektaklu. Co ciekawe przypadkowi ludzie, jak na przechodniów przystało, raczej nie zostawali, by obejrzeć przedstawienie. A przecież nie było nic normalnego w rzucaniu się po podłodze grupy ludzi lub ich chaotycznym biegu. Aktorzy poruszali się płynnie i miękko w tańcu, byli świetnie zsynchronizowani. Nie było żadnych zbędnych ruchów. Symultaniczna akcja poszczególnych bohaterów przesyła tak jak miejski zgiełk natłok sygnałów. Muzyka, której autorem jest Pascal Ferraari grała na strunach przeróżnych emocji. Ogólnie wrażenia pozytywne i chętnie obejrzałabym to powtórnie wyłapując nowe szczegóły.

Spektakl porusza aktualne problemy. Samotność w mieście, anonimowość, która pozwala na zbyt wiele, alienacja, nieufność, strach i pośpiech. To scenariusz z życia wzięty. Czasami zachowujemy się bardziej jak zombie chodzące po ulicy niż jak cywilizowani ludzie. Spróbujmy dostrzec człowieka obok nas i wyłuskać jednostkę z tłumu. Okazji mamy wiele, choćby podczas festiwalu.


Zdjęcia