MICHAŁ PIEPIÓRKA / Miasto rozbite

2010-06-29

Nie ufaj niczemu, co słyszysz i tylko połowie tego, co widzisz…tak brzmi rada jednego z mieszkańców Bonanzy, skierowana do widzów filmu antwerpskiego kolektywu Berlin pod niezbyt zaskakującym tytułem Bonanza. Belgowie przedstawiają małą społeczność zamieszkującą kilka domków u podnóży Gór Skalistych, gdzie jeszcze pod koniec XIX wieku tętniło życie, a ludzie wydobywali spod ziemi fortuny – dosłownie. Bonanza była miastem, do którego przyjeżdżało się przekopywać pobliskie wzgórza, w poszukiwaniu potężnych żył złota, a także porządnie się zabawić w niezliczonej ilości knajp i burdeli. Dzisiaj to miasto wymarłe, liczy sobie od pięciu do siedmiu osób – w zależności kogo się zapyta. Przytaczana rada zdaje się być przydatną, gdy zaczynamy wsłuchiwać się w polifonię głosów mieszkańców.

Ich wypowiedzi możemy śledzić na pięciu, niewielkich ekranach, które znajdują się pod makietą przedstawiającą tytułowe miasto. Składa się na nią wzgórze oświetlone zielonym światłem, dzięki czemu przypomina trawiaste zbocza Bonanzy oraz pięć niewielkich domków, dobrze odwzorowujących te z rzeczywistości. Zanim rozpoczęła się projekcja, plansza była już oświetlona, a z głośników dobywały się ptasie trele, dzięki czemu mogliśmy jeszcze przed seansem zapoznać się z klimatem przestrzeni, którą chwilę później mieliśmy oglądać na ekranach. Dzięki takiej aranżacji przestrzeni i rozbiciu materiału audiowizualnego na pięć ekranów, dziełu temu bliżej do instalacji, niż do klasycznego filmu. Wykorzystując projekcję kilkukanałową, artyści mogli oddać specyfikę miasteczka, pełnego konfliktów między jego mieszkańcami, różnic zdań i odmienności sądów. Ponadto w namacalny wręcz sposób mogli przenieść nas w przestrzeń Bonanzy – pojedynczy ekran staje się oddzielnym uniwersum każdego z tubylców, ale zestawione razem obok siebie, tworzą jedną społeczność, głosy mieszkańców mieszkają się ze sobą – raz tworząc konsonans, a raz dysonans. W tym momencie, górująca nad ekranami makieta, jest jedynie powtórzeniem tego, co możemy śledzić pod nią – nic nie dodaje, niczego nie wzbogaca. Gdy w mieście jest dzień, również plansza jest rozświetlona, gdy słońce zachodzi, makieta zatapia się w ciemności, którą powoli zaczynają rozświetlać małe światełka dobywające się z okien domów i ulicznych latarni. Zdaje się, że projekcja filmu pozbawiona makiety, nie byłaby o nic uboższa.

Artyści z Berlin zaczynają od wyświetlenia tych samych ujęć na wszystkich ekranach, później będzie to rzadkością. Przestrzeń pięciu ekranów wykorzystują w pełni, żonglując kolejnymi scenami i zestawiając je w intrygujące kompozycje. W ich poczynania nie wkrada się jednak chaos. Każdy ekran znajduje się bezpośrednio pod jednym domem z makiety. Nie jest to bez znaczenia, gdyż na ekranie przyporządkowanym danej rodzinie pojawiać się będą jedynie oni. Mają swoją własną autonomię, podobnie jak w rzeczywistości, gdzie każdy z nich ceni sobie spokój i izolację od sąsiadów. Artyści mistrzowsko montują i zestawiają ze sobą kolejne ujęcia, nigdy jedna wypowiedź nie nachodzi na inną, nikt nikomu nie przeszkadza, a widzowie łatwo mogą śledzić wydarzenia na kolejnych ekranach, nie mając poczucia zagubienia – wszak Bonanza to małe miasto, w którym ciężko zabłądzić.

Prezentacja mieszkańców rozpoczyna się od statycznych ujęć wszystkich domowników poszczególnych chat, co koresponduje z atmosferą stagnacji, która zapanowała w miasteczku. Następnie artyści wchodzą do ich domów i zapoznają nas z nimi. Dowiadujemy się, co sprowadziło ich do Bonanzy i co każe wciąż tu przebywać na przekór wszystkiemu. Obserwujemy ich zajęcia wykonywane w wolnych chwilach – jedni zaczytują się w książkach o historii Kościoła, inni tropią złą energie, jeszcze inni zwyczajnie rąbią drewno. Poznajemy także ich stosunek do siebie nawzajem. Jak się okazuje, ta z pozoru zgodna społeczność to siedlisko wzajemnych oskarżeń i pretensji – począwszy od wypominania malwersacji miejskich pieniędzy, a skończywszy na narzekaniu na sikanie w własnym ogródku. I chodź każda z tych osób sama w sobie wydaje się ciekawa, artystów najwyraźniej interesują głównie relację między mieszkańcami – ich wspólne współegzystowanie, gdzieś na końcu świata.

Druga relacja, którą tropią członkowie kolektywu, to człowiek-przestrzeń. Niegdyś, jak już wspominałem, miasto to tętniło życiem, głównie nocnym. Liczbę byłych mieszkańców szacuje się na dwanaście – dwadzieścia pięć tysięcy. Jednak wyczerpanie się żył złota, zatamowało pielgrzymki awanturników kuszonych łatwym zarobkiem. Z czasem miasto zamieniło się w miasteczko, które dzisiaj stoi na progu całkowitego zniknięcia z map Ameryki. Aby miasto było miastem potrzebuje rady miejskiej, a żeby takowa funkcjonowała potrzebuje ludzi, którzy w niej zasiądą. I chodź chrapkę na zarządzanie Bonanzą mają ludzie z pobliskiego Pueblo, miejscowi nie godzą się na utratę władzy nad własną przestrzenią. Targi między dwiema frakcjami mogą doprowadzić do tego, że miasto formalnie przestanie istnieć i zamieni się w las.

Kolektyw Berlin tworzy, korzystając z pięciu ekranów, mozaikę przedstawiającą szczególną przestrzeń, zamieszkiwaną przez specyficznych mieszkańców – z polifonii ich głosów trudno jednak wyłapać jedną wizję Bonanzy. Każdy ma tutaj swój mały świat, który bardzo chroni i troszczy się, by nikt nie podszedł do niego zbyt blisko. Dlatego miasto wydaje się raczej archipelagiem istnień, niż jedną, spójną społecznością. Nie powinno to jednak dziwić, do Bonanzy nie przyjeżdża się po towarzystwo, chyba, że niedźwiedzi i drzew.

Cytat:

„Wykorzystując projekcję kilkukanałową, artyści mogli oddać specyfikę miasteczka, pełnego konfliktów między jego mieszkańcami, różnic zdań i odmienności sądów”


Zdjęcia