TADEUSZ FUŁEK / Angielska ekspresja i islandzki żywioł
2010-06-29
Poniedziałek rano – spokój cisza, kto miał do pracy iść, ten z tego przywileju skorzystał, aby spokojnie udać się na spoczynek. Prawdziwy festiwalowicz poświęca się tylko teatrowi, więc nie stosuje się do sztywnych ram tygodnia. Lepiej wszak zobaczyć, co dzieje się w Pasażu Kultury, a tam zdecydowanie jest, co oglądać.
O godzinie 21 na scenie stanęła wczoraj Abigail Hopkins. Niepozorna pani, dwunastostrunowa gitara na ramionach, plus jeszcze akompaniujący gitarzysta. Dzięki informacjom uzyskanym od naszego przyjaciela internetu - oczekiwać można było lekko egzaltowanego jazzu. Nic z tych rzeczy – Abigail zaproponowała nam tradycyjny występ o mocno folkowym zabarwieniu. Tradycyjny koncert jazzowy przypuszczalnie źle się sprawdził w tym otoczeniu, a takie miało się momentami wrażenie, jakbyśmy stali na jakiś trawiastym polu i uczestniczyli w zaangażowanym koncercie folkowym. No tak, ale, spytałby kto – kim ta artystka jest? Pani Hopkins jest córką Anthony'ego Hopkinsa – znanego aktora. O wydostawaniu się spod cienia znanego rodzica i szukaniu własnej artystycznej ścieżki wie zapewne tyle, co Charlotte Gainsbourg, która dziś wystąpi w Starej Rzeźni. Abigail wywodzi się z domu o teatralnych tradycjach - od lat najmłodszych grała na gitarze i szybko podjęła decyzje, aby zostać aktorką. Pojawiła się w paru filmach i sztukach teatralnych – jednak tworzenie muzyki było tym, co pociągało ją najbardziej. W 2002 roku wydała album Smile Road oscylujący między alternatywnym jazzem, folkiem i trip hopem. Późniejszymi krążkami poruszała się w tym rejonie muzycznych poszukiwań. Nie porzuciła jednak sceny – reżyseruje i czasami też występuje.
Na scenie zaproponowała nam oszczędny w środki, ale bogaty we wrażenia występ. Akompaniując sobie na gitarze postawiła na wokalną ekspresję – i w końcu Pasaż Kultury doczekał się jakiegoś ambitnego występu.
Posiadając charakterystyczny i dobrze wyćwiczony głos operowała nim na różne sposoby. Czasami szeptała śpiewnie niczym Vashti Bunyan, a czasami przechodziła w surowy i szorstki styl a'la Patti Smith. Ekspresją przypominała z kolei PJ Harvey. W jej śpiewie było też sporo ukrytego aktorstwa – utwory najczęściej miały układ ballady i pozwalały na snucie opowieści. Abigail umiejętnie uzupełniała je przeróżnymi uczuciami. Zaproponowała Klubowi Festiwalowemu, w końcu występ na jaki zasługuje, który mógłby przyciągnąć poszukujących wrażeń publiczność, a nie tylko spontanicznej zabawy.
Czas na spontaniczną zabawę nadszedł szybko, wraz z występem FM Belfast. Jeszcze do 2006 roku ten islandzki zespół był tylko projektem studyjnym, ale po występie na Iceland Airwaves Festival muzycy połączyli swe siły na dłużej – w 2008 roku został wydany już debiutancki album - How to make friends, który cieszył się sporym zainteresowaniem w kraju i zagranicą.
Łagodna mieszanka electropopu, indie nie pozbawiona lekkiej nuty ironii. Jak w utworze Tropical, w którym śpiewają o swojej rodzimej Islandii jako o tropikalnej wyspie, albo w kawałku Pump, będącym pastiszem na klubowe hity z monotonnymi i idiotycznymi tekstami. Na scenie zaprezentowali swoje imprezowe oblicze – wokalistka w pewnym momencie określiła ich samych mianem „techno – disko”. Niezbyt, ale coś w tym było.
Czteroosobowy skład – gitara, elektronika i dwa wokale – tyle wystarczyło, żeby dać zebranej publiczności to, po co przyszła – szaloną zabawę, aż do skraju wytrzymałości klubowej podłogi (deski uginały się w takt muzyki – nie trzeba było tańczyć, stojąc, sam się człowiek poruszał). Nieskomplikowane piosenki głównie, których większość puszczana była z taśmy, nie przeszkadzały ludziom zgromadzonym na widowni bawić się świetnie. Zabawy nie przerywały nawet częste przerwy wymuszone problemami technicznymi – w tym czasie wokaliści zabawiali nas anegdotami i niczym nieskrępowaną konferansjerką, nawet jeśli trochę niemądrą, to utrzymywali cały czas kontakt z publicznością. Mogli sobie tylko darować wtręty po niemiecku – jak widać mało w nas luzu i bardziej krępowały niż śmieszyły.
FM Belfast zaproponował przede wszystkim utwory ze swojej debiutanckiej płyty. Przy takich pozycjach, jak Par Avion, Synthia, czy Tropical skakała cała publika w rytm ciepłych basów płynących z głośników. Dodatkowo artyści pozwalali sobie na frywolne jammowanie – bez problemu poruszali się w różnych stylistykach – czy to country, czy coś ostrzejszego - jak w ciekawej przeróbce Killing in the nam Rage against the machine.
Fani nie pozwolili im zejść aż do 00.30 – koncert przedłużył się o ponad pół godziny. Sami sobie winni – nikt im nie kazał grać tak żywiołowo i nikt im nie kazał rozkręcać imprezy. Członkowie zespołu zresztą kontynuowali wieczór na Silent Disco, jak wszyscy wokół. Komu za mało było FM Belfast może się wybrać do Katowic, gdzie będą w tym roku występować jeszcze na Off Festiwalu


