KATARZYNA PIWOŃSKA / W 6 godzin dookoła… człowieka/ śmiech vs. łzy
2010-06-28
Jan Lauwers wraz ze swoją Needcompany zabrał maltańską publiczność w ponad sześciogodzinną podróż tropami ludzkich historii, z których wyłania się wielobarwny obraz skomplikowanej istoty, jaką jest człowiek. Prezentując spektakle składające się na tryptyk pod tytułem „Sad Face/Happy Face” udało mu się wielokrotnie wywołać śmiech i łzy – a jak wiadomo należą one do emocji z trudem podlegających kontroli, zatem zasługa jego tym większa.
Zaczęło się na wesoło – od wizyty w „Isabela’s Room”. Izabella idzie przez życie lekko i z wdziękiem, choć los raz po raz rzuca jej pod nogi kłody. I taka też – urzekająca i zwiewna –jest forma spektaklu: ruch, śpiew i muzyka stapiają się w harmonijną całość. Ten tworzony na scenie pogodny świat bohaterki ma w sobie magnes, który sprawia, że chce się dołączyć do tego nieustającego pląsu. W przystępnej i łatwostrawnej (w jak najlepszym tego słowa znaczeniu!) postaci Jan Lauwers mówi o radzeniu sobie z ciemną stroną egzystencji i oswaja z jej najczarniejszym punktem – śmiercią.
Tytułowy pokój Izabelli stanowi dziedzictwo po jej fikcyjnym ojcu i zarazem bagaż, z którym będzie wędrować przez całe swoje życie. Na tyle długie, że może stać się ono pretekstem również do opowiedzenia burzliwej i pełnej przemian historii XX wieku – czy raczej, należałoby powiedzieć, historii postaci zaludniających owo stulecie i wypracowujące jego dorobek (w dobrym i złym znaczeniu tego słowa). Pokój można potraktować również jako metaforę umysłu Izabelli – to co dzieje się w jego obrębie odpowiada aktualnemu stanowi głowy bohaterki. Mamy więc na scenie tancerki reprezentujące obie półkule mózgowe, mamy też postaci, które choć już dawno pożegnały się z życiem, istnieją w jej świadomości, a zatem śmiało może toczyć z nimi rozmowy na temat bieżących spraw oraz roztrząsać przeszłość. Brzmi to może kuriozalnie, jednak na scenie odbywa się to w sposób najzupełniej płynny i naturalny. Unaocznia to równocześnie, że ludzie, którzy odchodzą z tego świata fizycznie, pozostają nie tylko w naszych wspomnieniach, lecz stanowią trwały punkt odniesienia dla aktualnych spraw.
Bohaterom kolejnej części – „The Lobster Shop” – brakuje podejścia do życia właściwego Izabelli. Nie potrafią, jak ona, przejść do porządku dziennego nad tragedią, która ich dotknęła, ale nie wzbudzi to niczyjego zdziwienia, jeśli nadmienię, że chodzi o śmierć ich jedynego dziecka. Reżyser nie pozwala jednak widzom na kompletne poddanie się dołującej atmosferze, rozbijając ją co chwila humorem: czasem okrutnym, czasem złośliwym, to znów absurdalnym. Jako że tą częścią rządzi logika sennego koszmaru, zdarzenia czasem wzajemnie się znoszą, lecz paradoksalnie również dopełniają tworząc pełniejszy obraz. Zarówno śniącego bohatera, jak i realiów, w których żyje. Jan Lauwers okazuje się wnikliwym obserwatorem otaczającego świata przez co bez trudu wskazuje ciągi przyczynowe - skutkowe pomiędzy pozornie odległymi elementami.
Trzecia część zatytułowana „The Deer House” ma ścisły związek ze śmiercią brata jednej z tancerek kompanii. Myli się jednak ten, kto spodziewa się linearnej, dokumentarnej narracji. Zdarzenie dało asumpt do rozważań zakrojonych znacznie szerzej, niż jednostkowa historia. Początkowo można odnieść wrażenie, że ostatnia część tryptyku ma charakter terapeutyczny – a z czasem okazuje się, że lekarstwo jest skutkiem ubocznym procesu zmierzającego ku innym wynikom: stworzeniu portretu natury ludzkiej. Polifonia osiąga w tej części apogeum – jasne staje się, że to ona uniemożliwia każdemu z osobna poprowadzenie swojej historii zgodnie z intencjami. To podważa sens wpisywania się w jakiekolwiek narracje, skoro ich kształt jest tylko wypadkową selekcji i interpretacji danych. Spektakl w przejrzysty sposób mówi o tym, co postmodernistyczni filozofowie wykładają w swoich książkach nastręczając odbiorcom niemałych problemów.
Lauwers jest mistrzem w prowadzeniu emocji – wie, kiedy użyć krzyku, nagości, drwiny, by wzbudzić oczekiwany efekt. Płynnie prowadzi widza od smutku do radości, od smutnej twarzy do wesołej, przypominając, że żaden z tych grymasów nie trwa wiecznie. To dwie strony medalu, jakim jest życie. Artyści nie silą się na realizm gry (zdarza im się pozornie wypaść z roli, zwracają się ku publiczności, miast ku sobie, obserwują reakcje widowni) – co nie przeszkadza im mówić o rzeczywistości, w jakiej żyjemy, wiele i dogłębnie. Być może wpływa na to fakt, że punktem wyjścia do powstania poszczególnych przedstawień były autentyczne zdarzenia, po części związane z prywatnymi biografiami artystów Needcompany.
Liczne talenty, jakimi zostali obdarzeni wykonawcy Needcompany z pewnością nie zostają roztrwonione. Tańczą, śpiewają, muzykują i grają - wszystko z równą wprawą i efektownością. Przy tym nie jest to czysty popis umiejętności, nad którym nadbudowana jest jakaś ideologia, lecz mający swoje ściśle określone miejsce w reżyserskiej koncepcji element układanki. Świetna zbiorowa praca pozwala na wydobycie mocnych stron każdego i zbudowanie całości będącej wypadkową tych wysokich jakości.
Trzy historie śmiało można traktować jako odrębne twory, jednak po obejrzeniu wszystkich widać, że wchodzą one w dialog ze sobą i wzajemnie oświetlają. We wszystkich trzech częściach Jan Lauwers żongluje sytuacjami z łatwością i zarazem przewrotnością (w kolejnych częściach widać to coraz wyraźniej). Prowadzi widza na manowce, by tam puścić do niego oko i kazać wrócić do punktu wyjścia – jednakże wrócić bogatszym o nową perspektywę na sprawy, które ogląda się po raz wtóry. Reżyser losy wykreowanych postaci plącze, krzyżuje, nakłada na siebie i rozplata, ukazując życie i naturę człowieka z całą jego złożonością: bólem, radością, zazdrością, kłamstwem, miłością, wreszcie śmiercią. To sprawy-zagadki nurtujące ludzkość od zawsze i ciągle nie mające rozstrzygających odpowiedzi – spektakl również ich nie daje, ale podpowiada, jaką postawę można zająć wobec ich braku.
W tak krótkim tekście siłą rzeczy pominąć trzeba szereg płaszczyzn, na których porusza się „Sad Face/Happy Face” – wszak miejsce trzeba podzielić między trzy przedstawienia. Może to jednak dobrze, że nie uda mi się zdradzić zbyt wiele, bo okazja do obejrzenia tryptyku pojawi się ponownie w ramach Malty w najbliższy wtorek o godzinie osiemnastej. Gorąco zachęcam do skorzystania z niej! Teatr to przecież sztuka, którą w pierwszej kolejności trzeba oglądać, a dopiero w dalszej pisać czy czytać o niej – w przypadku tryptyku Lauwersa mamy do czynienia z wydarzeniem wysokiej próby, więc poświęcone mu sześć godzin będzie opłacalną inwestycją.


































