MARIA WINIARSKA / Krótka powtórka z historii sojusznika
2010-06-28
Każdy z nas, jestem o tym przekonana, ma potrzebę bycia zapamiętanym, zauważonym. Choćbyśmy sobie tego do końca nie uświadamiali, przez całe życie robimy coś, tworzymy, biegniemy, rozglądamy się wkoło szukając potwierdzenia w oczach innych ludzi, w naszym „społecznym lustrze”. Jest to sprawa tak bardzo ludzka, że trudno poddawać ją osądowi. Ale co, jeśli potrzeba bycia zapamiętanym popycha nas do zbrodni…?
Assassins to brodwayowski musical, wykonywany przez grupę Random Scream, przedstawiający szereg historii ludzi, którzy byli zamieszani, z mniejszym lub większym powodzeniem, w zamachy na amerykańskich prezydentów. Spektakl napotykał się w USA z różnymi przeszkodami, łącznie z tym, że był zdejmowany z afisza za swój „antypatriotyzm”. Temat jest faktycznie dość osobliwy i… amerykański.
Przestrzeń gry zorganizowana jest w sposób dość ascetyczny. Z całą pewnością brak jej typowego brodwayowskiego rozmachu. Na scenie znajduje się prezydialny stół i fortepian, zza którego przemawia - prześpiewnie do nas narrator. Stół natomiast jest miejscem spotkania śmietanki amerykańskiego świata przestępczego z „górnej półki”. W końcu zamach na prezydenta nie jest byle jakim wydarzeniem. Zasiadają za nim zatem takie postacie jak: John Booth – zabójca Abrahama Lincolna, Charlie Guiteau – zabójca prezydenta Garfielda, Giuseppe Zangara, Leon Czolgosz i kilku innych, których nazwisk nie mam już siły poszukiwać w encyklopediach. Jako oznaczenia kolejnych bohaterów służą wizytówki z nazwiskami, które jednak mogą być dla polskiego widza nieczytelne, podobnie jak sam temat spektaklu. O ile łatwo zrozumieć znaczenie zamachu na prezydenta, o tyle wyśpiewane historie w pewnym momencie zupełnie się plączą i nawet wizytówki z nazwiskami, co chwilę zmieniane, nie są w stanie pomóc zdezorientowanemu widzowi. Z pewnością dobry odbiór spektaklu wymaga PRZYNAJMNIEJ znajomości historii Stanów Zjednoczonych, jeśli nie identyfikowania się z amerykańskim spojrzeniem na politykę, społeczeństwo i świat. Tego przeciętnemu widzowi z Polski może brakować. Nie zmienia to jednak faktu, że spektakl przyjęty był dość entuzjastycznie. Nie zabrakło naprawdę dobrych, zabawnych momentów, w których widzowie szczerze się śmiali. Należy bowiem powiedzieć, że historia morderstw amerykańskich prezydentów przedstawiona była z przymrużeniem oka, w krzywym zwierciadle, groteskowo, pikantnie i wszystkimi określeniami, które charakteryzowałyby ten rodzaj czarnego humoru.
Naczelnym problemem, który pojawiał się w przedstawieniu było poszukiwanie motywacji dokonanych czynów. Rozwiązanie zazwyczaj było dość oczywiste, począwszy od banalnych zawodów miłosnych, poprzez biedę, frustrację, do poglądów anarchistycznych czy religijnych. Ważnym było podkreślenie, że za każdym mordercą stoi osobliwa historia, która tłumaczy jego czyn. W finałowej scenie artyści zgodnie przekonują, że każdy ma prawo być szczęśliwy, każdy ma prawo do marzeń i do bycia innym. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest użycie małego palca pociągającego za spust, które może zmienić świat. Historia jednak pokazuje, że świat wcale zmienić się nie chce, a zabójcy kończą z pętlą na szyi czy na krześle elektrycznym. Najbardziej wymowną sceną wydaje mi się moment, kiedy wszystkie duchy zabójców skupiają się wokół wycofanego i niewidocznego do tej pory, Lee Harley’a Oswald’a – domniemanego ostatniego w dotychczasowej historii zabójcy prezydenta (Kennedy’ego). Zmory dopadają go w momencie frustracji, chronią przed samobójstwem, by następnie przekonać go, że najlepszym rozwiązaniem jego problemów jest dokonanie zamachu.
Faktycznie, argument podawany przez gremium jest niezwykle kuszący. Sława! Nikt nie przejdzie obojętnie obok takiego nazwiska. Każde dziecko słyszało o Brutusie, mimo iż minęło 2000 lat. Dlaczego więc nie przejść do historii, uczynić siebie na zawsze nieśmiertelnym. I mimo początkowych obaw, niepewności, finalnie udaje się Oswalda przekonać.
Nieodłącznym rekwizytem używanym podczas spektaklu są pistolety, które trzyma każdy z zamachowców, używając ich w sposób dość swobodny. Nie tylko jako ilustrację minionych wydarzeń, ale także jako częsty argument we własnych sporach. Kiedy problem wydaje się być nierozwiązywalny – do akcji wkracza broń. Szczególnie mocne jest zestawienie tego z materiałami ukazującymi ludzi różnej rasy i wieku, głównie zaś dzieci, dla których broń stanowi symbol siły i przewagi nad innymi. I właśnie dlatego, że każdy ma prawo do własnego szczęścia i do bycia różnym od innych, widzowie na końcu zostają zastrzeleni.
Spektakl nie wzbudził we mnie żadnym poważniejszych impresji. Może dlatego, że nie jestem znawcą amerykańskiej historii. A może dlatego, że ta estetyka spektakli nie jest mi bliska, choć chylę czoła przez wykonaniem muzycznym, o które pewnie głównie tu chodzi. I mimo iż na scenie był tylko fortepian, to gra i śpiew stały naprawdę na wysokim poziomie.
Zastanawiałam się, dlaczego przy nazwie spektaklu pojawiła się etykietka „idiom” i teraz już chyba wiem. Naprawdę trudno jest przełożyć jego treść na nasz język. Choć i wytrawne oko mogło doszukać się polskich akcentów: dwóch najgłośniejszych polityków ostatnich dni postawionych wśród amerykańskich prezydentów – utrzymanych w konwencji, mianowicie z raną postrzałową na czole. Chociaż… może to wcale nie byli oni, a wytrawne oko po prostu przyzwyczaiło się już do tych wizerunków? Zatem bez większych emocji, choć może to i lepiej, bo również bez chęci uwiecznienia swojego nazwiska w historii poprzez użycie małego palca…









