MICHAŁ PIEPIÓRKA / Game over
2010-06-28
Po wrzuceniu pomalowanej na złoto, drewnianej rybki do basenu, rywalizujące ze sobą osoby walczą, by po zbiegnięciu ze wzgórza i rozebraniu się do samej bielizny, jak najszybciej wyłowić połyskujący przedmiot. Tak wygląda tytułowa gra z filmu Jana Lauwersa Goldfish game. Jest ona ulubioną rozrywką grupy przyjaciół mieszkających wspólnie w pałacyku, który znajduje się w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Wiemy o niej tyle, że oferuje swoim mieszkańcom ciepłe słońce, bujną przyrodę i leśną zwierzynę. W połączeniu z grupą najbliższych osób i odcięciu od problemów reszty świata zdaje się być kalką mitycznej Arkadii, w której nie ma miejsca nawet na bożka Pana. Atmosferę sielanki reżyser potęguje zdjęciami, które eksponują soczyste, czyste kolory podsycane przez południowy blask słońca. Członkom tej małej społeczności czas płynie na zabawach w basenie, przyrządzaniu smakowitych potraw i żartobliwych sprzeczkach. Największe zmartwienie, jakie może im się przytrafić, to osa nieopatrznie dostająca się do nogawek ich spodni.
Z przyjemnego, idyllicznego letargu wyrywa wszystkich nagły strzał. Poruszenie, strach, krew – na szczęście tylko psa, który stał się przypadkową ofiarą pozostawionej na stole strzelby i bawiącego się nią dziecka. Ta śmierć zdaje się być zapowiedzią czegoś gorszego, co może zmącić spokój tego miejsca, podobnie jak niepokojąca czerwień ust, rozlany na białą bluzkę sok, czy nagły kaszel dławiący śmiech. Zło napływające do tej krainy pochodzi z zewnątrz. Przysyła kolejne osoby, które burzą długo budowaną równowagę. Zdrapują ze ścian emalię, za którą kryją się brudy, które miały nigdy nie wyjść na światło dzienne. Sytuacja zaczyna przypominać tą z Blue velvet Davida Lyncha, gdzie śliczne, wydawałoby się, idealne, prowincjonalne miasteczko, skrywa w soczystych trawach swoich trawników odcięte ludzkie ucho, symbolizujące trawiące mieszkańców zło.
Pierwszy przyjeżdża stary przyjaciel, który chce zaprezentować swoją nową narzeczoną. To oni naruszają fundamenty domowego ogniska. Wspominają o narkotykowych skłonnościach jednej z bohaterek, odkrywają piwnicę, w której hodowane są na zgniliźnie zabitych zwierząt robaki i dramatyczną przeszłość Harry’ego, który niegdyś przeżył piekło, jako dziennikarz wojenny i samozwańczy oswobodziciel ofiar handlu ludźmi, a dzisiaj stara się prowadzić normalne życie, przy boku sparaliżowanej żony i zapomnieć o przeszłości. Chwilę po nich zjawia się zaprzyjaźniony policjant, który pytaniami o mieszkających z nimi imigrantów Afange i Xianga, wzbudza niepokój wśród domowników. Choć zarzeka się, że nic im nie grozi, po chwili zjawia się ponownie, tym razem w towarzystwie kolegi po fachu, który zdaje się być wysłannikiem samych piekieł. Już swoją obecnością drażni mieszkańców pałacu, a w prawdziwą histerię wprowadza, gdy zdradza powód swojego przyjazdu. Ma za zadanie doprowadzić Afange i Xianga na przesłuchanie. Nie wiemy, jakie mają być tego konsekwencje, lecz po ich reakcji możemy sądzić, że ich świat się właśnie zawalił. Świat, który mozolnie budowali po tym, co przeszli zanim spotkali Harry’ego. Afange była przetrzymywana w celi przez dwadzieścia dziewięć dni, podczas których była na zmianę maltretowana, bita i gwałcona, nawet przez, przymuszanego do tego, Xianga, który jest jej rodzonym bratem. Jaskrawe barwy przygaszają się, słońce zachodzi, nadchodzi noc, po której ma przyjść tragiczny poranek. Zanim nadejdzie, możemy obserwować, jak pod mikroskopem, reakcję ludzi w stanie skrajnej rozpaczy.
Lauwers buduje swój film na ambiwalencjach: pod idylliczną powierzchnią skrywają się niezgłębione pokłady cierpienia, tak jak pod pałacem rozkładające się ciała martwych zwierząt. Leniwie snującej się kamerze w scenach szczęścia, przeciwstawiona jest ta nerwowo łapiąca ostrość, ukazująca strach i przerażające oczekiwanie na najgorsze. Dokładnie tak, jakby filmowi patronował Dionizos, znany ze swojej dwoistej natury. Nie powinno więc zaskoczyć nas to, że spotkamy go w nim we własnej osobie. Ma twarz Leopolda, jowialnego seniora zamieszkującego jeden z pokojów domu. Rubaszny starzec o skłonnościach homoseksualnych, nierozstający się z kieliszkiem wina, patrzy na wszystko z miną zdystansowanego ironisty. Choć nie jest najważniejszym motorem rozwoju akcji, jego twarz raz przypomina uśmiechniętą maskę, symbolizującą komediową stronę antycznego teatru, a raz zafrasowaną, towarzyszącą tragedii.
Goldfish game ma więcej wspólnego z teatrem, reżyser Jan Lauwers jest kojarzony przede wszystkim ze sztukami scenicznymi, które tworzy ze swoją grupą Needcompany. Również film nakręcił wraz z nimi. Niestety od czasu do czasu daje o sobie znać teatralna maniera aktorów, nadekspresja gestu i przesadność mimiki nigdy nie sprawdzają się na ekranie. Nie dotyczy to wszystkich, ale w przypadku, na przykład, Carlotty Sagny odtwórczyni roli Ushi, widać, że kino nie jest jej żywiołem. Lauwers żongluje również scenicznymi konwencjami, mamy tu zatem klasyczną zasadę trzech jedności: miejsca, czasu i akcji, a także motyw czechowowskiej strzelby, który potraktował bardzo dosłownie. Choć wyraźnie puszcza do nas oko, bawiąc się historią teatru, padający w ostatniej scenie strzał zabija budowany przez cały film dramatyzm i tragiczny wymiar finału, wywołując lekki uśmiech.
Zdaje się czerpać również z historii kina. Stosowanie kamery z ręki i szarpany montaż przypomina filmy realizowane według zasad manifestu Dogmy. Najbliżej Goldfish game do Idiotów Larsa von Triera, gdyż w filmie Duńczyka również mamy do czynienia z obserwacją zamkniętej społeczności żyjącej na zasadach zbliżonych do hipisowskiej komuny. Jednak to tylko powierzchowne podobieństwa. Dogmatycy kładli nacisk na autentyzm, stosowanie kamery z ręki wypływało z potrzeby zbliżenia się do rzeczywistości, bycia bardziej mobilnym, by móc łatwiej reagować na to, co dzieje się wokół. Rejestrowane zdarzenia, choć fabularne, często były spontanicznie improwizowane. Zabronione były wszelkie zabiegi estetyzujące. U Lauwersa jest inaczej, każdy kadr, choć wydaje się przypadkowy, jest starannie przemyślany, wszystkie ruchy kamerą mają swoją znaczeniową potencję. Warte podkreślenia jest to, że do wykonania zdjęć zostali zatrudnieni zawodowi fotografowie, a nie filmowi operatorzy. Dużą rolę odgrywa również ścieżka dźwiękowa, ze świetną muzyką Doachima Manna, na którą nie byłoby miejsca w filmie opartym na założeniach Dogmy. Operatorskie zabiegi mają więc wzmacniać emocjonalny przekaz ujęć i całych scen, wydobyć dramatyzm z przedstawianej opowieści.
Lauwers wraz z Needcompany zabrał nas w podróż do arkadyjskiej krainy, w której zdaje się słyszeć echa wojny, bólu i cierpienia. Przedstawił na jej tle historię, w której jeden człowiek przynoszący pamięć o przeszłości, potrafi przemienić raj w piekło. Rozdrapując zabliźnione rany, można tylko nabawić się gangreny i już nigdy nie zagrać w grę o złotą rybkę.
Cytat:
„Lauwers wraz z Needcompany zabrał nas w podróż do arkadyjskiej krainy, w której zdaje się słyszeć echa wojny, bólu i cierpienia”
