PAWEŁ FRYDERYK SPUNDA / Smak nerwów i kurze serca
2010-06-28
Ubrany w strój wieczorowy mijam kolejne ulice. Popołudniowe słońce sprawia, że moja marynarka staje się bardzo irytująca. Jestem coraz bliżej celu, ulicy Jackowskiego 39/2, zaczynam czuć adrenalinę a myśli krążą wokół tego, co może mi się przydarzyć. Jest 19:00, udało mi się punktualnie dotrzeć na Kolację z kanarkiem.
Przyszedłem punktualnie, ale muszę czekać. Każdy z uczestników jest kolejno wprowadzany do mieszkania. Nadeszła moja kolej. Ciemny korytarz, na jego końcu biała sala na środku, której stoi długi stół. Zostaję doprowadzony na swoje miejsce. Na początku sali, na kontuarze stoi klatka z kanarkiem, który nie śpiewa zbyt wiele. Nerwowa wymiana spojrzeń z ludźmi przy stole. Moja uwaga skupia się na sztućcach, przez dłuższą chwilę czuję się jak bohaterka Pretty Women, która nie zna zasad etykiety przy stole. Uspokajam się, pamiętam z filmu, że zaczynamy od skrajnych sztućców, każda kolejna para jest do innego dania. Po skrępowaniu innych osób poznaję, że mają podobny dylemat – nie popełnić gafy. Wszyscy już siedzą przy stole, czekamy na rozpoczęcie. Czekamy. Czekamy. Nic się nie dzieje. Z sali pada pytanie czy ktoś może nalać nam wody. Oprócz osób przy stole w sali są dwie eleganckie damy, „kierowniczka sali” i dwóch mężczyznach w muszkach i białych koszulach, na których skupia się uwaga towarzystwa. Informacja zwrotna od „kierowniczki” jest krótka i bezpardonowa – mamy sobie sami poradzić.
Mężczyzna siedzący na skraju stołu, nalewa do swojego kieliszka wodę. Wyraźnie zadowolony, że ma już co pić, rozpoczyna konwersacje z sąsiadami. „Kierowniczka sali” przerywa rozmowę mówiąc, niczym fałszywy gestapowiec, że nalał wodę do kieliszka od białego wina. Reakcja na sali jest natychmiastowa, wszyscy zamierają. Co teraz? Marynarka i krawat robią się bardzo niewygodne, czuję jak zaczynam się krępować. Mężczyzna okazuje się człowiekiem przebojowym, mającym stalowe nerwy. Oświadcza pozostałym uczestnikom, że on już popełnił błąd i nie musimy się niczego bać. To jest kieliszek do wody – wskazuje odpowiednie szkło podnosząc je do góry. Ulżyło mi. Poczułem się jak w szkole podstawowej, kiedy ktoś nieprzygotowany - tak samo jak ja - idzie pierwszy do tablicy. Skrępowanego czekania ciąg dalszy. Przebojowy mężczyzna po raz kolejny udowadnia swoją charyzmę i rozpoczyna konwersacje. Bardzo szybko spotyka go za to kara, zostaje przesadzony na inne miejsce. Kolacja z kanarkiem przemieniła się w kolacją z pseudo - faszystami. Efekt wzmacniają dwie damy siedzące w rogu sali. Pogarda, z jaką na nas patrzą, wywołuje na moich plecach stróżki potu. Jest to moment kluczowy. Nie mogę przestać myśleć o tym jak długa i nieznośna będzie ta kolacja. Każda minuta będzie dłuższa, każde spojrzenie będzie coraz bardziej nerwowe i irytujące. Mogę jeszcze wyjść, ale czy naprawdę mogę wyjść, czy drzwi są już zablokowane. Przecież zgodziłem się na to wszystko, przed wejściem na salę podpisałem regulamin, cyrograf, który ubezwłasnowolni moje ciało i język na ponad trzy godziny. Czym mam zająć myśli, kiedy czas będzie ciągnął się w nieskończoność? Ile razy będę upomniany za brak znajomości etykiety i wykwintnych zachowań przy stole? Mogę z kimś rozmawiać, czy mi nie wypada. A jeśli mogę rozmawiać, czy ma to być kurtuazyjna konwersacja o pogodzie, czy może elokwentna dyskusja o filozofii. W tym momencie moje krzesło stało się naprawdę niewygodne, a apetyt zniknął bezpowrotnie. Zamknąłem się w klatce stworzonej z moich myśli. Poczułem się, jak kanarek bez możliwości ruchu.
Niestety albo na szczęście, wątek psychicznego masochizmu nie był wzmacniany przez nasze „gospodynie”. Przebojowy mężczyzna nie przejął się reprymendą. Nieco tylko speszony, kontynuował konwersację dając przykład pozostałym uczestnikom. Rozpoczęły się rozmowy w oczekiwaniu na wykwintne dania. Na początek każdy zapoznał się ze smakiem bułeczek drożdżowych ze smażonym serem. Następnie podana została sałatka ze szparagów, koziego sera i roszponki z sosem z octu balsamicznego. Przystawki zakończył ozór wołowy w sosie musztardowo-chrzanowym. Każdy z uczestników próbował serwowanych potraw, bunt rozpoczął się przy czerninie. Część osób, m. in. starsza Pani Ubrana w Futro, odmówiła spróbowania dania. Kontrowersyjna zupa poprzedzała danie główne - golonkę złotnicką marynowaną w burbonie i melasie, podaną z sosem z czarnego octu ryżowego i imbiru, kapustę bok choy w pomarańczowej oliwie z awokado z chilli, sokiem z limonki oraz bób z chrupiącym boczkiem. Danie wywołało wyraźny entuzjazm u wszystkich uczestników kolacji. Jako zwieńczenie wieczoru został podany wielki, czerwony tort z białym makiem.
Przez cały wieczór nasze gospodynie, grupa MASH/HER/DIP, do potraw serwowały nam kontrowersyjne doznania. W zlewie, który znajdował się na początku sali za kontuarem, leżały kurze serca oraz kości z golonki. Spod stołu wydobywały się dźwięki tarcia sztućców o talerz, nieprzyzwoitego siorbania oraz kobiecego płaczu. Nasza „kierowniczka sali” prowokowała rozbijaniem kieliszków, poniżała wypominaniem błędów w zachowaniu przy stole, a jeden z uczestników został przez nią wyzwany na pojedynek z wódką zamiast broni. Kiedy nadszedł moment zjedzenia tortu okazało się, że nie ma czym go zjeść, ponieważ wszystkie sztućce zostały zabrane.
Nerwowe spojrzenia, reprymendy, rozluźnienie atmosfery w towarzystwie i to, co działo się po kolacji. Wszystko zostało zarejestrowane przez kamerę, która krążyła po sali. 30 czerwca o godzinie 18:00 w klubie festiwalowym Malty zobaczę, jak wyglądała Kolacja z kanarkiem z innej perspektywy.
